Organizacja i organizatorzy korupcji
Autor: Władysław Loranc
Niepokój wywołany kondycją państwa opanował już miliony dorosłych Polaków. Mnożą się jak szarańcza diagnozy przyczyn i pomysły naprawy. Publicyści orientacji liberalnej w dziwnym sojuszu z publicystami katolicko-narodowymi krytykują środowiska ludzi pracy za „socjalistyczne brzmienie” zgłaszanych przez nich postulatów. Najbardziej radykalni, np. abp J. Życiński czy też Janusz A. Majcherek, posługują się zwrotem „homo sovieticus”, jako epitetem maskującym złe intencje autorów, być może wywołane bezradnością wobec dramatycznego rozwarstwienia społeczeństwa na elitę własności i władzy oraz na pracujących, źle traktowanych w pracy i bezrobotnych lub prościej mówiąc na bardzo bogatych i bardzo biednych. W obecnym położeniu kraju moralizowanie to czynność jałowa a projektowanie dobrobytu to strata czasu. Najpierw potrzebna jest jak chleb uczciwa i wnikliwa analiza materialnego i politycznego położenia ludzi w końcowym stadium transformacji. Trzeba opisać „naturę” przedsiębiorców, którzy stali się bogaczami już w pierwszym dniu działalności. Potrzebna jest wnikliwa analiza niepokojących zmian w położeniu i postawie robotników, odtworzonej niepewności chłopów, a przede wszystkim poznanie przyczyn i następstw załamania etosu inteligencji, zwłaszcza jej elit. Polsce potrzebni są nie kaznodzieje, lecz politycy zdolni do intelektualnej analizy procesów gospodarczych, politycznych i etycznych, które dotknęły nas mimo magicznych zaklęć szamanów. Powiem cierpko: potrzebni są politycy zdolni do pracy umysłowej. Nie wystarczą jeremiady przeciw korupcji. Trzeba rozszyfrować jej mechanizmy. Jeśli chcemy ją zwalczyć - odkryjmy główne czynniki sprawcze. Potępianie korupcji znaczy dziś tyle, co pokropienie świeconą wodą miejsca popełnienia zbrodni.
Korupcja to proceder dostarczania człowiekowi takich atrakcji, by przyjmując je udawał, że nie dostrzega zagrożeń towarzyszących darowi i zaniechał działań blokujących możliwość wyrządzenia szkody interesom społeczeństwa. Korupcja wtedy zagraża państwu, gdy organizują ją „wyspecjalizowane” kadry organizatorów. Jak długo źródłem procederu przekupstwa są odwieczne wady ludzi (także tych pełniących funkcje publiczne) mogą się nim zajmować tylko moraliści i duchowni.
Gdy proceder jest organizowany wymaga przeciwdziałania wszystkich sił politycznych i odpowiednich instytucji, albowiem jego tolerowanie nieuchronnie prowadzi do kryzysu, z którego kraj wychodzi tylko za cenę wielkich strat lub znika z historii. Opiszę cztery czynniki sprawcze procederu korupcji tak rozległego, że zagraża fundamentom państwa.
1
Od wiosny 1989 r. głównym źródłem korupcji była i jest prywatyzacja gospodarki, prowadzona wedle standardów opartych na regułach, którymi kieruje się Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Dwie z nich są najbardziej korupcjogenne. Zgodnie z pierwszą - kierowniczej kadrze prywatyzowanego przedsiębiorstwa oferuje się atrakcyjny pakiet akcji, ale w ilości marginalizującej ją w roli właścicielskiej. Plenipotent zbywający majątek otrzymuje taki pakiet, albo finansowy ekwiwalent, by jego wpływ na los prywatyzowanego zakładu był bliski zeru. Druga reguła modeluje postawę załogi. Otrzymuje ona, zwykle atrakcyjny, pakiet socjalny na okres dwóch, czterech lat. W ten sposób nabywca kupuje jej przyzwolenie na swobodny wybór formy splądrowania prywatyzowanego przedsiębiorstwa. Świadomie przyzwyczaja się załogę do działania w krótkim dystansie. Ludzie zgadzają się na utratę praw właścicielskich, w istocie za napiwek. Obie reguły polityki prywatyzacyjnej czynią z przedsiębiorstwa państwowego lub spółdzielczego własność niczyją. Tym samym zostaje „rozmydlona” kwestia odpowiedzialności za los majątku narodowego albowiem w każdej z tych technik prywatyzacyjnych uczestniczą tysiące ludzi a nikt nie pociąga milionów do odpowiedzialności.
2
Równie skuteczną i bardzo sprytnie pomyślaną metodą korumpowania społeczeństwa była polityka emerytur, które nazwę „emeryturami milczenia”. Wysłano, najczęściej na przyspieszone emerytury, kadrę wojskową i milicyjną, pracowników bezpieczeństwa, prokuratury i sądownictwa - czyli elitę funkcjonariuszy państwa, blokując ich zachowanie emeryturami parokrotnie wyższymi od średniej krajowej. Wszyscy beneficjenci tej szokującej operacji mają do spełnienia jeden warunek: w publicznych dyskusjach powinni mówić tylko to, co nie przeszkadza w intensywnym propagowaniu bajkowego obrazu obecnej Rzeczypospolitej oraz w narzucaniu obrazu jednolicie heroicznych czynów opozycji.
Powstał układ, w którym nikt z normalnych ludzi nie jest pewny następstw skorzystania z wolności słowa. W Polsce wolność słowa, rozumiana jako publiczne fakty dotyczące np. prawa do pracy, ochrony godności człowieka pracującego, realności podstawowych praw obywatelskich (prawo do wykształcenia, ochrony zdrowia) - otóż tak rozumiana wolność słowa u nas nie istnieje. „Emerytury milczenia” i nieustanny szantaż bezrobociem, skutecznie dekomponują działanie opinii publicznej i są jednym z najważniejszych czynników paraliżujących postawę społeczeństwa wobec korupcji.
3
Trzecim czynnikiem sprawczym panoszącej się korupcji jest zasygnalizowana już trudność uwolnienia się od „garbu PRL”. Czterdzieści pięć lat historii realnego socjalizmu w Polsce, to okres nie poddający się jednoznacznej ocenie. To były przecież lata heroicznej odbudowy kraju i integracji społeczeństwa w nowych granicach, czyn w pełni porównywalny do odbudowy kraju po 1918 roku. To były lata upodmiotowienia Polski w stosunkach międzynarodowych oraz jej cywilizacyjnego i kulturalnego rozwoju po 1956 roku.
Lata 1949-55 to czas procesu stalinizacji. Wspomnijmy także dekadę swoistej Monachomachii w latach osiemdziesiątych, która poderwała kondycję społeczeństwa polskiego i jego zdolność wyboru optymalnych alternatyw. Ostatnim przejawem tej zdolności stał się, niestety na bardzo krótko, „Okrągły Stół”.
Historia realnego socjalizmu wniosła do świadomości społeczeństwa trzy bardzo niebezpieczne nawyki:
• ukształtowany przez gospodarkę niedoboru nawyk złej obecności na rynku, przejawiający się w fetyszyzowaniu towaru a niezrozumieniu funkcji pieniądza;
• mitologizowanie własności państwowej kojarzone z nierozumną skłonnością do marginalizacji własności spółdzielczej i prywatnej;
• z pozoru płytki a dziś widać, że trwały wpływ dziedzictwa kultu jednostki na życie intelektualne. Zaprogramowane, niekiedy cyniczne poszukiwanie tego co „typowe”, z równoczesnym krótkowidztwem w postrzeganiu realiów życia, zwłaszcza w tych obszarach, gdzie „rzeczywistość skrzeczy”.
Ta uległość wobec ideologicznej fata margana czuje się także dziś wcale dobrze, bo czymże innym tłumaczyć gotowość poparcia tych kandydatów na posłów lub radnych, którzy w jednej dekadzie potrafią kilkakrotnie zmienić tak zwaną opcję polityczną. Te nawyki i trudność z uwolnieniem się od nich wyraźnie wypaczają nasze funkcjonowanie jako obywateli, w czym dostrzegam czynnik także sprzyjający korupcji.
4
W tym miejscu opisu procederu korupcji można już przyłączyć się do chóru i zaśpiewać razem z nim. Zapytam więc: dlaczego tak niepokojąco słabnie moralny opór społeczeństwa na atakujące go zagrożenia? Przyczynę dostrzegam w wadliwym pobudzaniu moralnej wrażliwości ludzi przez dziennikarzy, nauczycieli i duchownych. Rozwinę jeden wątek. Polityka hierarchii Kościoła katolickiego, tradycyjnie współodpowiedzialnego za moralny stan społeczeństwa, uległa w okresie transformacji zastanawiającej zmianie. Naganny stał się nie bezrozumny kult osób, świętych miejsc i przeróżnych cudów, ale zły, bo nie poddany woli kościelnych instytucji wybór obiektów kultu. Zadawnioną wśród Polaków skłonność do religijności gestu i ceremonii hierarchia uzupełnia traktowaną instrumentalnie religijnością stadionowych wieców oraz kultem papieża, który nie jest autorem ważnych encyklik lecz rodakiem. Lokuje się go, między Namiestnikiem Chrystusa a samym Chrystusem.
W tej sytuacji narzucanie wiernym postrzegania papieża przede wszystkim jako Polaka stworzyło możliwość poważnych nieporozumień, a w konsekwencji częstego niezrozumienia tego, co ważne w dokumentach Kościoła.
W świadomości Polaków upowszechnia się rozdźwięk między tym, co Kościół mówi, a tym czego na co dzień doznają. To oswaja ludzi z obłudą, która sprzyja atrofii ich moralnej wrażliwości. A taki właśnie stan piranie korupcji lubią najbardziej.
Etyka doktrynerskich schematów broni istot poczętych a nie ludzi uwikłanych w niezamierzone dawanie życia. Liczy się religijność stylizowana na wiec, modlenie się oklaskami, szamańskie rytuały i egzorcyzmy - wszystko to osłabia w ludziach wierzących poczucie odpowiedzialności za moralnie przyzwoitą postawę, sprawdzaną stosunkiem do codziennych sytuacji i codziennych obowiązków. Powtórzę, ten stan organizatorzy korupcji lubią najbardziej, bo on ze wspólnot czyni tłum. W upowszechnianiu reakcji tłumu upatruję także ważną przyczynę osłabienia moralnej kondycji naszego społeczeństwa.
5
Wniosek z zanotowanych uwag jest jasny: niemożliwa jest naprawa państwa bez naprawy całości życia społecznego. Rozwinę to hasło.
Rozkład życia zbiorowego czyni z korupcji najpoważniejsze zagrożenie dlatego, bo karmi się ona nie tyle odwiecznymi wadami człowieka, lecz stała się przydatna jako sposób na życie, jako technika, przy pomocy której silni i bezwzględni, swoi i obcy przemieniają wspólnotę w tłum. Gołym okiem dostrzegamy różnicę między tym jak żyliśmy przed transformacją a tym jak żyjemy w jej trakcie. W okresie PRL uwaga mieszkańców wsi, robotniczych osiedli i środowisk inteligencji koncentrowała się na problemie: jak żyć? Teraz uwagę i energię tych samych środowisk pochłania pytanie: jak przeżyć? Wtedy nasza uwaga skupiała się na jakości życia, dziś pochłania nas to, od czego zależy przetrwanie. W hierarchii celów najważniejsze są te od których zależy zaspokojenie elementarnych potrzeb. W tym klimacie korupcja przenika do każdej sfery życia społecznego, także do struktur państwa. Ludzie wezwani przez cynicznych polityków by w warunkach chaosu brali sprawy w swoje ręce, usiłują jakoś sobie radzić, ale zarówno ludzie jak też ich państwo radzą sobie na coraz niższym poziomie, po prostu słabną. Jeśli tego niby żywiołowego procesu nie przerwiemy ludzie utracą kontrolę nad swoim życiem. Każdy w każdym upatrywał będzie zagrożenie lub wroga. Staniemy się łupem silniejszych i zorganizowanych. Opanowanie tego niebezpieczeństwa wymaga poważnych dyskusji w każdej z poważnych partii politycznych. By ta opinia nie zabrzmiała jako jeszcze jeden apel, od wysłuchiwania których głuchniemy, przedstawiam dwie sugestie praktyczne.
Ponawiane z dużą bezczelnością wezwania do rezygnacji z państwa socjalnego to zwykła próba ograbienia ludzi pracy z osiągniętej w XX wieku poprawy warunków życia i pracy. By podstęp się udał skupia się naszą uwagę na sztucznie rozdmuchanym problemie preambuły do europejskiej konstytucji z równoczesnym lekceważeniem znaczenia Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, która od dwóch stuleci jest fundamentem politycznej i moralnej świadomości Europejczyka. Z trzech, kardynalnego znaczenia wartości: Wolność - Równość - Braterstwo, skreślają dwie ostatnie akcentując znaczenie wolności, interpretowanej zgodnie ze standardami liberalizmu. Ta manipulacja została zaaprobowana także przez większość polityków „transformującej się” lewicy. To poważny błąd polityczny.
Liberalne papugi lubią powtarzać hasło, które pod koniec lat osiemdziesiątych miało zrozumiały sens w kontekście podjętych wtedy reform gospodarczych: „Wszystko jest dozwolone, co nie jest prawnie zakazane”. W warunkach transformacji liberałowie podnieśli tę zasadę do godności prawdy fundamentalnej, nie zauważając, że sprowadza ona stosunki między ludźmi do karykaturalnej postaci. Gdyby zachowaniem człowieka pracującego kierowała tylko norma prawna nie zaistniałyby w przeszłości postawy, którym nadano te oto imiona: „godność kupiecka”, „solidność rzemieślnicza”, „chłopski szacunek do ziemi”, „obiektywizm urzędnika”.
Od czasu pitagorejczyków szanowaliśmy zasadę: „Sędziego swoich czynów miej w samym sobie”! Bez kodeksu obyczajowego i moralnego środowisk o ważnej roli społecznej, stosunki między ludźmi reguluje jedynie przemoc. Ludzie byliby wilkom podobni w warunkach, w których jednostka jest z natury bezbronna. W swym osobniczym rozwoju człowiek nadal potrzebuje roku, by zrobić pierwszy krok, a osiemnastu lat by mógł z nadzieją na sukces kierować własnym życiem. Prawo bez etyki i norm obyczajowych zapada w letarg. W takim właśnie położeniu znaleźliśmy się obecnie! Gadające papugi powinny zamilknąć. Komu z liberałów wystarcza wolność niech praktykuje ją na pustyni.
Zastanówmy się czy Polak - liberał nie jest takim zwolennikiem demokracji, który zawsze wie, co powinien zrobić jego sąsiad, zapominając, co ma zrobić on sam. A bez demokratycznej postawy każdego nie ma demokracji, a więc nie ma też wolności, zwłaszcza dla ludzi pracujących. Wolni są tylko organizatorzy korupcji.
Res Humana nr 3/2004, s. 21-24