Kto sieje wiatr...
 
Autor: Radosław S. Czarnecki
 

Lech Wałęsa to nie jest człowiek z mojej  bajki. Z różnych powodów. Ale uznaję jego rolę w zmianach jakie zaszły w naszej części Europy i gotów jestem przyznać mu miano symbolu, logo,  określonej marki kojarzonej z  naszym krajem poza  granicami Polski. Żal mi go – normalnie po ludzku -  gdy widzę jak idzie z gdańskiego kościoła (on też przecież jest emanacją polskiej, ludowej pobożności, wiary religijnej bez refleksji, bez dystansu, wiary bardziej w księdza-dobrodzieja niż Pana Boga, ale osoby przywiązanej do tej wspólnoty) w szpalerze  lżących go ogolonych  na łyso, o brunatnych podniebieniach i umysłach rodem z czarnej sotni, troglodytów mieniących się ……. Patriotami,i emanujących niczym niezmąconą tzw. polskością. Patrząc na ten smutny obraz po raz kolejny przyznać mogę rację Umberto Eco, który stwierdził, iż „patriotyzm to ostatnie schronienie  łajdaków. Ludzi  bez  zasad moralnych owijających się zwykle sztandarem (...) Narodowa tożsamość to jedyne bogactwo  tych biedaków, a poczucie ich  tożsamości  oparte  jest  na  nienawiści  wobec  innych”  ([w]: „Cmentarz w Pradze”).

Każda nienawiść nawet szerzona
w złudnym przekonaniu, iż służy dobrej
sprawie pozostaje nienawiścią i wcześniej
czy później ze zwielokrotnioną siła uderzy
także  w tych co ją głoszą.

Aleksander  MAŁACHOWSKI

Michał Syska w bardzo trafnym analitycznie tekście pt. „Antykomunizm  i  jego postsolidarnościowe  ofiary” (trybuna.eu z dn. 31.08.2016) ukazuje ofiary i przyczyny takiego stanu rzeczy. Wojna w obozie post-solidarnościowym  rządzącym de facto  Polską  niepodzielnie od ponad dekady (a władającym umysłami i duszami Polek i Polaków od ponad ćwierćwiecza)  wchodzi  na kolejne piętra i wyraźnie się zaostrza. Dlatego m.in. wielokrotnie pisałem  i  mówiłem o POPiS-ie jako przestrzeni intelektualnej (a w zasadzie – pseudo-intelektualnej) i polu tego konfliktu. Bo to w obrębie tych dwóch asocjacji toczy się wojna o Polskę. O to czy ma być bardziej czy mniej …… prawicowa, konserwatywna, religiancka, narodowa.

M. Syska wyczerpał we wspomnianym materiale skutki tego niekorzystnego dla społeczeństwa starcia. Chciałbym tylko zaznaczyć – mając na uwadze osobę Lecha Wałęsy (uosabiającego dziś tą przegraną, opluwaną i niszczoną brutalnie część środowiska utożsamianego z Solidarnością, z którą swego czasu nota bene też był mocno skłócony) – zgodnie z myślą Arystotelesa  „nie poznamy prawdy nie zgłębiając przyczyn”.  I dlatego za motto niniejszego tekstu, mającego w jakimś sensie być dopełnieniem redakcyjnego wpisu Michała Syski (do którego nawiązuję), wybrałem wypowiedź marszałka-seniora Sejmu III RP (kilku kadencji) Aleksandra Małachowskiego, która rzuca doskonałe światło na to co przeżywamy i czego jesteśmy świadkami w naszym kraju. Bo u nas nadal  „…….panoszący się Polak Wieczny Dureń, postać przerażająca karykaturalnym sposobem patrzenia na otaczający go świat, węsząca wszędzie działanie tajemniczych sił i spisków, łasząca się do kleru (...) Wieczny Dureń powiewa najchętniej narodowym sztandarem i pisze na nim Bóg, Honor i Ojczyzna” (tak Aleksander Małachowski komentował postawy swoich komilitonów z Solidarności już w 1992).

Środowiska polskich demo-liberałów, których wizje i tezy legły u podstaw upadku Polski Ludowej i zastąpienia jej III RP, absolutnie same wyhodowały współczesną sytuację. Nie ważne – czy czyniły to świadomie czy nie, z przekonania, z ignorancji czy z braku umiejętności przewidywania konsekwencji podejmowanych decyzji. Efekt jest widomy. I Lech Wałęsa był w tej hodowli przodującym elementem: świadczyć o tym mogą m.in. takie jego wypowiedzi i postawy (z przeszłości) jak:
- „zbij Pan termometr to nie będziesz miał Pan gorączki”
- „ja mogę Panu podać nogię”  (fonetycznie)
- „zdrowie Wasze w gardło nasze”,
falandyzowanie prawa za pomocą  „nadwornego kauzyperdy” czy nie podanie ręki swemu następcy na Urzędzie Prezydenta RP. Obojętnie co prywatnie Lech Wałęsa (i jego ówcześni namiętni akolici, którzy plują dziś równie namiętnie na niego) o nim sądził – tu chodziło zarówno o powagę i szacunek dla Urzędu jak i cześć Rzeczypospolitej, tak gloryfikowanej, ubóstwianej w retoryce, tak podnoszonej na piedestał w przemówieniach, enuncjacjach, laudacjach. I nie chodzi tu o osoby: Wojciecha W, Lecha W, Aleksandra K, Bronisława K czy dziś – Andrzeja D: tu chodzi o powagę i autentyczną admirację dla Najwyższego Urzędu Państwa, tak ochoczo określanego przez wszystkich (którzy przy byle okazji ten urząd deprecjonowali i aktualnie deprecjonują codzienną praktyką) jako kraj wreszcie wolny, suwerenny i niepodległy. Czyli – (ponoć) wartości najdroższe każdemu Polakowi.

Jeśli przez cały czas krótkiej historii III RP mainstream atakował nie tylko miniony ustrój, obrzydzał i zohydzał wszystko co mogło się kojarzyć z Polską Ludową, a przede wszystkim odczłowieczał ludzi, którzy po wojnie opowiedzieli się czynnie za nowym ustrojem i uczestniczyli w funkcjonowaniu PRL  (Polski - bo innej być w owym czasie nie mogło) to nie  dziw iż wyrosło pokolenie, które z takiej edukacji wyniosło wyłącznie bezrefleksyjny i miałki zero-jedynkowy obraz świata, nienawiść do wszystkiego co INNE, klerykalne (co wcale nie oznacza, że religijne), nacjonalistyczno-ksenofobiczne, wręcz  neonazistowskie. A w przestrzeni publicznej i takiej też narracji zapanowała dżungla. Kto sieje wiatr – często w innych niż zamierza przestrzeniach – zbiera burzę, huragan, cyklon.

To jest tak jak z pryzmą buraków cukrowych, złożoną na placu przed cukrownią, oczekującej na rozpoczęcie produkcji cukru. Gdy usunie się od spodu jeden element kopca, w dół potoczą się kolejne buraki i będą się toczyły dopóki cała pryzma nie „splantuje się”, rozsypie, na owym placu. Tak też się dzieje w polityce i sprawach publicznych, gdzie decyzje i retoryka mają bezpośrednie przełożenie na zagadnienia społeczne. Tak w skali mikro jak i makro.

Warto w tym momencie przypomnieć passus  wypowiedziany przez  angielskiego eseistę, satyryka i historyka Samuela Johnsona (1709-84) po oderwaniu się amerykańskich kolonii od Korony Brytyjskiej, przy jednoczesnej głośnej retoryce Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych o wolnościach, demokracji i oświeceniowym człowieczeństwie, a który oddaje w jakimś sensie clou prezentowanego problemu dzisiejszej Polski: „….Czy to nie dziwne, że największe wycie o wolność dobiega z gardeł właścicieli niewolników ?”.

I dotyczy sens przytoczonego passusu zarówno wspomnianych patriotyczno-narodowo nastawionych neofaszystów i kiboli (czyli – pospolitych chuliganów, przez chichot historii i ignorancję sporej części elit oraz mainstreamu uznanych za godnych reprezentantów narodowych wartości i mających nadawać ton narracji publicznej), lżących Lecha Wałęsę w Gdańsku jak i tych, którzy swą działalnością publiczną i retoryką medialną  umożliwili (a przynajmniej – nie przeciwdziałali mając ku temu odpowiednie środki jako najwyżsi urzędnicy państwowi) bujną wegetację i stały wzrost tej huby, tego pasożyta i tego zagrożenia dla normalnej egzystencji państwa i społeczeństwa.

Dehumanizacja jaką zafundowano po 1989 roku w Polsce temu INNEMU, nie wywodzącemu się ze środowisk demo-liberalnych czyli solidarnościowych (i to wąskiego, ograniczonego do tzw.  salonów, gremium), odczłowieczenie tego INNEGO w narracji publicznej  i mainstreamowym przekazie, bije dziś w te środowiska. A wystarczyło tylko sięgnąć do „Wizyty starszej pani” Friedricha Dürrrenmatta aby ujrzeć jakimi efektami skutkuje  negatywne (i permanentnie prowadzone) urabianie świadomości społecznej. Brak odrobienia tej lekcji skutkuje dzisiejszymi, ulicznymi ekscesami i fizycznym zagrożeniem  tych, którzy  nie poddają się tej niegodnej i groźnej fali.

I nie chodzi tylko o szlagwort, że „w Polsce lewicy mniej wolno” rzuconego po wygranych przez SLD wyborach w 2001 (jeśli komuś z mandatem wyborczym mniej wolno, to swoim wolno więcej – zasada izostazji działa też w przestrzeni publicznej). Bo jak traktowano w mainstreamowym przekazie Andrzeja Leppera i środowisko Samoobrony, a wcześniej – Waldemara Pawlaka ? Wyszydzenie, poniżenie to pierwsze kroki do dehumanizacji i odarcia człowieka z godności. Czyli odczłowieczenie go. Potem – wszystko już wolno z nim zrobić.

W demokracji zasadą podstawową jest, iż dzisiejsza opozycja kiedyś zajmie miejsca rządzących. To jej urok i efekt „łaski pańskiej” (tu – wyborców) na pstrym koniu jadącej. Tego kanonu elity solidarnościowe rządzące naszym krajem po 1989 roku (ale dot. to też buńczucznych zapowiedzi Leszka Milera w 2001 roku)  nie chciały pamiętać. Zachowywały się (bo wydawało się im i  nadal  wydaje) jakby rządzić miały do końca świata „i jeden dzień dłużej”. I z tym INNYM się nie liczyły. Absolutnie.

Gdy daje się fory ochlokracji (celem uzyskiwania doraźnych celów politycznych lub pogrążenia i poniżenia przeciwnika politycznego, któremu na dodatek okazuje się pogardę i nienawiść) – tu: sprawa tzw. „żołnierzy wyklętych”, prezentowania sytuacji w Polsce po II wojnie światowej w kliszach wyłącznie zero-jedynkowych oraz wybitnie aksjologiczna narracja mająca za podstawę antykomunizm i anty-lewicowość en bloc – trudno się dziwić potem, że brunatna fala zalewa także tych którzy otworzyli furtkę (świadomie czy nie – to obecnie nie ma znaczenia) dla rozlewania się tego groźnego zjawiska na kolejne sfery życia publicznego. Nie warto też przytaczać nadużywanej przez owe środowiska – na obronę swych decyzji i retoryki – stwierdzenia o prawda mającej moc wyzwalającą. Tu returnem jest tylko myśli  ks. Józefa Tischnera o prawdzie i jej trzech, równoznacznych, wymiarach.