Andrzeja Mencwela Stanisław Brzozowski - Impresje recenzyjne
 
Autor: Eugeniusz Kabatc
 
 
Andrzej Mencwel, Stanisław Brzozowski. Postawa krytyczna. Wiek XX, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
 
Ależ książka!

Księga [blisko 700 stron] studiów, pamięci i rozważań, Owoc pracy, co „wieńczy interpretację twórczej osobowości Stanisława Brzozowskiego”, dojrzewający „prawie pół wieku”. Ten korpus poświęcony doli i niedoli pisarza i jego dzieła, osadzony jest w krajobrazie zagęszczonych okoliczności i sytuacji, tworzących lokalny lub powszechny teatr życia. W nim się bowiem poruszają osoby dramatu pierwszoplanowe, ale i ważni statyści, którymi pulsuje tło i kulisy.

To zaplecze, materia rzeczy i ducha, także mierzwa rzeczywistości, były już przez autora badane wcześniej, a rezultaty tych dochodzeń ogłaszane publicznie; zarówno w salach wykładowych Uniwersytetu Warszawskiego, jak i w dalekich latach 60. rozpoczętą działalnością literacko-krytyczną.

Profesor Andrzej Mencwel dziś ma za sobą (ale i przed sobą, ani chybił) dorobek humanisty otwartego, myśliciela po lewej stronie społecznej poszukującego odpowiedzi na podstawowe pytania o racje i sensy bytu. Bogatym językiem akademickim, ale i bardzo własnym, opisuje świat kultury polskiej w jej narodowym, społecznym, ale i powszechnym wymiarze. Staje się głośnym echem filozofii czynu Stanisława Brzozowskiego, którego odkrywa nam już od wczesnej młodości, gdy wiąże się z ruchem socjalistycznym niekonwencjonalnie i niekonformistycznie, czasem także politycznie, zmagając się z pułapkami układów na swoim „etapie prawdy".

Najpierw jest rok 1968. 8 marca, telefon w redakcji „Współczesności”, dzwoni Andrzej z Uniwersytetu: „Przyjeżdżajcie, zobaczcie sami, jak to wygląda”. Biorę do samochodu kilku kolegów redakcyjnych, zajeżdżam do Obożnej. Samochód zostawiam na ulicy, bo na dziedzicu tłum studentów skupionych przed rektoratem. Andrzej czeka na nas u siebie, w pokoju asystenckim, skąd jak na dłoni widać ten tłum, do którego z balkonu przemawia prorektor prof. Rybicki. Pierwsze wrażenie jest uspokajające: młodzież nie zachowuje się agresywnie, choć rozejść się nie zamierza.

Drugie jest gorsze: studenci otoczeni są obręczą charakterystycznych osiłków w ortalionowych płaszczach. – Spieprzajcie – mówi Andrzej. – Zaraz może być gorąco.

W ostatniej chwili udaje się nam wycofać na Oboźną i przez Powiśle powrócić na Koszykową.

Człowiek się zmienia z biegiem czasu, zmienia się w nim i ogląd świata... Dramatyczne wydarzenia na Uniwersytecie Warszawskim, wielokrotnie i wielorako opisywane w pamięci publicznej dla młodego naukowca były lekcją życiową, w której Brzozowski pojawił mu się jako przykład dzielnej buńczuczności. Osobliwa to rzecz, ale jest w tej książce uczucie jakby wzajemnego zaufania, co może ma wartość jedynie paradoksalnej hipotezy, lecz właśnie o to może chodzić Mencwelowi, gdy pisze. „Żaden historyk w żadnej sprawie nie powinien pisać zdań oznajmujących, nie mówiąc już o wartościujących, gdyż nigdy nie jest w stanie ująć i zrozumieć całej zwiewnej pajęczyny międzyludzkich odniesień, czyli uwarunkowań. [s. 235] Stojący po tej samej stronie czytelnik również pokłada pewną ufność w prawdomówność obu myślicieli, nawet wtedy, gdy ich zaangażowanie emocjonalne w Sprawie nie pozwala im osiadać na barykadzie obiektywizmu.

Autor książki, zatrzymany przez służbę bezpieczeństwa, dał się wciągnąć w kontrowersyjną grę racji wokół sytuacji na uniwersytecie. Próba wykorzystania jego postawy podczas rozprawy sądowej przeciwko „komandosom” spaliła na panewce. Wspomina Karol Modzelewski: Andrzej na samym początku swoich zeznań w sądzie wypowiedział głośno i dobitnie słowa, które zdawały się mieć ciężar ołowiu: – Odwołuję wszystkie moje zeznania złożone w śledztwie, ponieważ – mimo że są w nich niektóre elementy prawdziwe – w całości stanowią one konstrukcję świadomie fałszywą, zbudowaną po to, by obciążyć oskarżonych”. „Suchy opis nie oddaje dramatyzmu tej sceny – dodaje Modzelewski. – Dla mnie był to wstrząs, który przynosi iluminację [Zajeździmy kobyłę historii, s. 159].

Brzozowski, bohater omawianej książki, zatrzymany na uniwersytecie przez organa carskiej Ochrany, wpakował się w kłopoty zeznaniowe również poprzez swoje lewicowe zaangażowanie, wykładając śledczym swój krytyczny stosunek do sytuacji wewnętrznej w środowisku studenckim. To czynne wyłamanie się ponad stan teoretyczny idei – w młodzieńczym wieku będące miotaniem się w tym, co badacz określa jako „problemat metafizyczny” – objawił się w historiografii polskiej już wcześniej, w kontuzjach i konfuzjach mistycznych romantyków, a to w memoriale Mochnackiego, o czym wspomina Mencwel, a to w zeznaniach Waszkowskiego, co dramatycznie opisuje Terlecki [Dwie głowy ptaka].

Bardzo osobisty ton książki odbiera jej szczęśliwie dokuczliwy chwilami ciężar dzieła naukowego, dodając wiele uroku w narracji, w swobodzie krytycznej, jak też urody opowiadania. Postawa krytyczna, jaką autor zapowiada w podtytule, upoważnia go do równoprawnego traktowania ideowego sensu twórczości Brzozowskiego i własnych wyborów w opisie historycznego czasu. Ćwiczył tę zdolność wedle upartej wizji filozofa, przypominającej mu o rzeczywistości zadanej, zgłaszając w dalekim roku „solidarnościowego karnawału” [1981] uwagi do politycznych rządów partii w kulturze. [nb. też wedle filozofii pracy Brzozowskiego]. „Polityka kulturalna partii – pisze postulatywnie – winna być jednoznacznie podporządkowana historycznemu celowi realizacji wizji kultury powszechnej. Oznacza to, że winna ona być podporządkowana zadaniu kulturalnej emancypacji klas pracujących, przede wszystkim klasy robotniczej, zmierzać do przekształcania wytwarzanego przez klasę robotniczą wzoru kultury na wzór kultury powszechnej. Jest to najbardziej doniosłe zadanie, jakie kiedykolwiek rozwiązywano w historii.”

A potem przecież ma za sobą solidną pracę poświęconą narodzinom kulturyzmu polskiego, tytułując ją Etos lewicy [PIW 1990]. Nie obeszło się i w niej bez Brzozowskiego, gdy jego Legenda Młodej Polski, a w swoim czasie i pamiętny ostry atak na Sienkiewicza, otwierały perspektywy nowej polskiej myśli narodowej, projekcję wręcz europejską. Pochylili się nad nią nasi wybitni humaniści już przed wojną [Bogdan Suchodolski], w czasie wojny [Jan Strzelecki i „Płomienie”], a potem coraz wyższą liczbą badaczy, aż po Andrzeja Walickiego z jego wysoką oceną kontrowersji w myśli marksistowskiej i rolą w dyskusji z omawianej tu książki. Pisze Mencwel w rozdziale temu dedykowanym: „Choć filozofia Stanisława Brzozowskiego nie jest polem puszczonym na ugór, lecz parokrotnie została użyźniająco przeorana [Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Krzysztof Pomian], były to przeważnie opracowania jednorazowe, ujmujące całe «filozofowanie Brzozowskiego», jak je nazwał Kołakowski, w syntetycznych formułach. Rozprawa Walickiego, mając w zapleczu jego wcześniejsze dokonania badawcze, jest bardziej analityczna i pozostaje jedyną dotychczas interpretacją Idej jako dzieła filozoficznego. Dla historii myśli polskiej jest podstawowa, dla historii powszechnej – znacząca, ponieważ zasadnie odnosi dzieło Brzozowskiego do ważnych zjawisk myśli europejskiej XX wieku” [s. 590–91].

Nie miejsce tu na wdawanie się w racje dyskutujących, pragnę jedynie zwrócić uwagę na obszar myślowy zawarty w filozofii pracy, gdzie w dojrzałej fazie „większe znaczenie zajmują problematy samorządności” [s. 593]. Idzie mi zatem o zestawienie myśli Brzozowskiego i Abramowskiego [a w tle zapewne i Korczaka], wokół czego pojawiają się owe „najważniejsze dla mnie – pisze Mencwel – wyodrębnione przez Walickiego «podmiotowe czynniki pracy», do czego odnosi się z najwyższą atencją, traktując je jako «kosmos ludzkich właściwości», jako «spoiwo naszego świata»”.

Ale z tego właśnie obszaru przebłyskuje nieoczekiwanie iskierka spięcia, jakby w wewnętrznej, implozyjnej sprzeczności. Bardzo trudno mi będzie udowodnić jej istnienie, muszę tedy odwołać się do Jana Strzeleckiego, którego Mencwel określił przy innej okazji jako „chodzący okrągły stół”, a który już wcześniej należał do „wyznawców” Brzozowskiego. Można sobie dywagować , jak bardzo marksizm wschodni jest gorszy od zachodniego, ale nie da się tu łatwo uniknąć tych „myśli z pogranicza”, które najgłębiej i naturalnie przenikają Brzozowskiego przy jego relacjach z kolegami i przyjaciółmi z Rosji. O rosyjskich rewolucjonistach z „Płomieni” Brzozowskiego napisze Strzelecki w swoich „Płomieniach”, że „są mu bliscy” [Magdalena Grochowska, Strzelecki].

Obawa przed zarzutem o „zruszczenie”, kierowanym czasem nie tylko wobec Brzozowskiego, właśnie Brzozowskiego trzyma wyraźniej na narodowej uwięzi, my widzimy wszelako. jak boli go przerwanie współpracy z rewolucyjnym czasopiśmiennictwem rosyjskim i jak kurczowo trzyma się przyjaźni z prawosławnym Klingerem. A Gorki, Łunaczarski, Bogdanow, jego ideowi rozmówcy we Florencji, to puls życia najwyższej potęgi, choć tłumiony dotkliwie ciężką chorobą, podłymi warunkami bytowania, a potem bezpodstawnym zabójczym oskarżeniem o współpracę z Ochraną.

Imponujący jest wysiłek tego młodego filozofa i pisarza nad utrzymaniem się w równowadze na burzliwym – także w nim samym – morzu kultury ludzkiej, w jakich pogrążył się w latach florenckich. Niesiony na falach twórczych ambicji i przetwarzań, w nieustannej męce Hioba, a wbrew owej Nieskończoności Leopardiego, którego tak podziwiał, a który umiał „słodko umierać” w takim morzu.

Imponująca jest praca badacza, który z równym podziwem taki los opisał, przeorując to morze bolesnej twórczości z przekonaniem o niezwykłej mocy rozbitka, składając hołd jego skróconemu cierpieniem niepoddaństwu.

To bardzo głębokie studium ludzkiej wybitności i jej „filozofii dojrzałości dziejowej”. Rozległe w czasie i myśli, nową wiedzę do już demonstrowanej wprowadzając, a w niej szczegóły wciąż sensacyjne, dokumenty z archiwów nieznanych, celne uwagi własne. Okoliczności florenckie pod każdym względem dezorganizowały życiorys myśliciela, wplątując go w sytuacje trudne, często pozostające do wyjaśnienia, nie mieszczące się w „myśli krytycznej” ani w „wyobraźni antropologicznej”. „Nie uważam, że pisząc taką biografię należy utożsamiać się z jej bohaterem – oświadcza Andrzej Mencwel w zakończeniu swego dzieła – gdyż sam fakt pisania jest pewnym oddaleniem”. Jest oddaleniem, ale może być i przenikaniem – do pewnych głębi skrytych w słowach „własnego języka”, do czego autor zmierza, z czego czasem rezygnuje.

Nie ma losu Brzozowskiego bez mitu Hioba, a czas florencki o tym opowiada także w relacji narratora; ale chodzi mi o więcej, o to, jak trudno lub wręcz nieostatecznie powstaje wizerunek życia i myśli człowieka w czasie wyklętym, skróconym do startu w nieprzejrzystą perspektywę bytu w niebycie.

Można odnieść tę impresję do tajemnic nieskończoności, jak w poezji Leopardiego, ale też do wykutej w kamieniu na cmentarzu w Trespiano inskrypcji, że spoczywa tu „Stanislao Brzozowski, poeta e filosofo”. O czym pamięta autor książki, zauważając, że jego bohater zabiera do grobu nie biblię i nie dzieła kardynała Newmana, lecz odwiecznej wartości poemat Dantego. Co ewokuje wreszcie powrót „płomieniowca” Jana Strzeleckiego i tego oto cytatu z księgi o nim: „To jest poza dowodem, ale nie poza poezją, która sprzyja życiu i która […] jest poezją działania.” Nawet jeśli filozofia nie jest poezją (co nie jest takie pewne), to potrafi być jej emanacją, która jak myśl przetrwa nieraz śmierć.
Uznając – każdy w swoim czasie i na swój sposób – że śmierć „nie do końca go zabiła” [„No, non sono morto”], nie we wszystkich rozważaniach zgadzając się ze sobą, kilka lat temu, razem, uroczyście, zawiesiliśmy Brzozowskiemu w stulecie Jego śmierci tablicę pamiątkową we Florencji.
 
 
Res Humana nr 1/2016, s. 32-35