Nowy wymiar konfliktów
 
Autor: Henryk Domański
 

We współczesnych społeczeństwach, najostrzejsze konflikty kształtują się na tle podziałów religijnych i narodowościowych. Powstaje pytanie, jakie czynniki mobilizują ludzi do demonstracji ulicznych w Polsce, która jest krajem jednolitym zarówno wyznaniowo, jak i etnicznie, a więc napięcia na tym tle są raczej wątpliwe. Wydaje się, że najistotniejszym źródłem konfliktów powinny być w dalszym ciągu konflikty klasowe, związane z mechanizmami rynkowymi i funkcjonowaniem przedsiębiorstw. Z badań wynika, że dystanse położenia materialnego i nierówności edukacyjne między inteligencją a klasami niższymi utrzymują się bez większych zmian w czasie. Stabilne są również nierówności dotyczące ryzyka bezrobocia i uczestniczenia w „wysokiej” kulturze, czego wskaźnikiem jest np. dominacja inteligencji pod względem czytania książek, chodzenia do teatru, czy słuchania muzyki poważnej. Występowanie wysokich nierówności nagłaśniają partie opozycyjne i media. Do społeczeństwa docierają informacje o dochodach elity biznesu, widoczne jest również ubóstwo. Przekonanie, że zwiększyły się nierówności dochodów wzrosło w latach 1992–2013 z 72 do 93%.

Mimo że obiektywne podłoże tych konfliktów nie znika, nie generuje ono ostrych napięć społecznych. Strajki występują tylko okresowo, związki zawodowe są słabe, a podziałów klasowych nie widać, tak więc robotnicy i chłopi nie powinni mieć większego poczucia niższości. Jednak najistotniejsze jest to, że nierówności klasowe zastępowane są przez nowe źródła konfliktów społecznych. Nowym czynnikiem generowania napięć społecznych są decyzje podejmowane przez klasę rządzącą. Należy podkreślić, że nie jest to specyficzna cecha polskiego ustroju, ale uniwersalna prawidłowość, która polega na zwiększaniu się roli władzy politycznej w podejmowaniu decyzji. Potraktowałbym ją jako kontynuację ogólniejszego procesu odnotowanego już w latach 1930. Polegało to wtedy na przejmowanie roli klasy panującej przez menedżerów od właścicieli firm – ważniejsze od własności stało się zarządzanie firmami (była to znana teza Jamesa Burnhama o „rewolucji menedżerów” w systemie rynkowym). Natomiast co do dokonującego się teraz wzrostu konfliktowego charakteru podziałów na społeczeństwo i klasę rządzącą, to wynikają one z: (i) zwiększającej się roli sektora państwowego, który staje się pracodawcą, inicjatorem inwestycji i programów rozwoju, (ii) forsowania przez rząd polityki wydatków socjalnych, (iii) zwiększającemu się interwencjonizmowi państwowemu, (iv) sankcjonowaniu przez władzę niepopularnych decyzji dotyczących m.in. konsekwencji zwiększania obciążeń podatkowych, czy zamrażania poziomu wynagrodzeń.

Konflikt na linii społeczeństwo-władza państwowa jest permanentnym zjawiskiem. Gabinety rządowe i władza lokalna stały się głównymi adresatami roszczeń ze strony różnych grup zawodowych. Są obciążane odpowiedzialnością za wzrost cen utrzymania, koszty nieruchomości i inne zjawiska pogarszające stopę życiową. Konflikt ten nie może zostać zinstytucjonalizowany analogicznie jak miało to miejsce w przypadku „konfliktu przemysłowego” między pracownikami najemnymi i pracodawcami, co przeprowadzono po II wojnie światowej w krajach zachodnich. Od polityków nie należy oczekiwać przestrzegania reguł gry i przejrzystości i na podobnych zasadach, jak dzieje się to w sporze pracowników z pracodawcami. W wymiarze konfliktu politycznego rząd stał się jedną ze stron sporu, przestając być neutralnym arbitrem. Jest to konsekwencja ponoszenia odpowiedzialności za interesy ogółu.

Nie inaczej jest w Polsce. Rząd Prawa i Sprawiedliwości stanął przed problemem wywiązania się z obietnic wyborczych. Zobowiązanie to jest dodatkowo wzmacniane przez kreowanie PiS-u na rolę obrońcy biedniejszej części społeczeństwa przed złym establishmentem utożsamianym z przywilejami i beneficjentami korupcji. Legitymizuje to władzę, ale jeszcze bardziej stawia po stronie ośrodka konfliktów. W dłuższej perspektywie rząd musi brać pod uwagę wymagania gospodarki rynkowej (konieczność ograniczania deficytu budżetowego i wydatków publicznych). Rysuje się w związku z tym kilka scenariuszy na przyszłość. Pierwszy, że rząd odstępuje od obietnic wyborczych, co staje się czynnikiem zaogniającym podłoże konfliktu na linii społeczeństwo i władza. Drugie rozwiązanie polegałoby na konsekwentnym stosowaniu polityki populistycznej w celu utrzymywania szerokiego poparcia, co jest na krótką metę możliwe. Trzecie rozwiązanie jest mało realistyczne, ale odnotujmy: społeczeństwo musiałoby dać się przekonać do polityki restrykcyjnych wydatków socjalnych, przekonań, że w jego interesie jest rezygnacja z bezpośrednich korzyści wynikających z obietnic wyborczych, na rzecz zapewnienia zysków w odleglejszej przyszłości, które wynikałyby z polityki stabilnego budżetu.
 
 
Res Humana nr 5/2016, s. III i IV okładki