Polskie społeczeństwo: przyczynek do portretu

Z profesorem Henrykiem Domańskim, socjologiem, rozmawiają
Wiesław Łuka i Zdzisław Słowik
 
 
Słychać dziś, Panie Profesorze, głośno, a najgłośniej z najwyższych trybun, brzmiące patetycznie słowa o narodzie i ojczyźnie, także o tym, że dobro narodu stoi ponad prawem. Wszystkie te słowa budzą zróżnicowane emocje i myśli. Także myśli o społeczeństwie, o dziedzinie wiedzy Panu bliskiej, jak niewielu, lecz wiedzy jakby stojącej dziś w kącie zapomnienia. Czy to słuszne odczucie?

Henryk DOMAŃSKI. Do pewnego stopnia może tak, ponieważ „społeczeństwo” to nie prosta konstrukcja jak „naród”, wywodzący się, mówiąc najkrócej, w prostej linii z grup plemiennych i kolejno etnicznych, które okazały się zdolne do stworzenia własnego państwa. Tymczasem „społeczeństwo” to wielość populacji, grup etnicznych, narodów, instytucji, tworząca zintegrowane całości, to powiązany układ pozycji społecznych i typowych dla nich ról, to zbiorowość mieszkająca zarazem na określonym terytorium i w ramach jednego państwa. Społeczeństwo więc, to nie wspólnota ani plemienna, ani etniczna, ani też narodowa, choć taką zdarza się też być, lecz to struktura, złożona – poza wymienionymi – z wielu klas i warstw społecznych, na różny sposób definiowanych, to wielość ludzka organizująca swoje życie w sposób uznany przez siebie za najbardziej właściwy.

Spróbujmy teraz wejść nieco głębiej w głąb tak rozumianego społeczeństwa, ujmując to spojrzenie z bliskiej Panu perspektywy struktury klasowej. Zachęca do tego Pana najnowsza książka zatytułowana Czy są w Polsce klasy społeczne? Czy ten znak zapytania ma oznaczać, że coś z tymi klasami nie jest całkiem w porządku?

H.D. Jest w porządku, lecz jak w każdym przypadku związanym z tak złożoną kategorią jak społeczeństwo, mogą istnieć różne punkty widzenia. Co do mnie to uważam, i dałem temu wyraz we wspomnianej książce, że klasy społeczne są zbiorowościami wyodrębniającymi się ze względu na różne rodzaje własności – firmy, kapitału, wykształcenia, szczególnych kwalifikacji lub tylko siły roboczej. Te różne rodzaje własności przekładają się na określone dochody, miejsce w hierarchii władzy, możliwości awansu czy stylu życia. I z tych wszystkich elementów tworzą się istniejące dziś w Polsce klasy społeczne, a mianowicie: rolnicy, robotnicy, mali i średni właściciele, pracownicy umysłowi, specjaliści i elity biznesu.

Czy wyróżnione przez Pana klasy, których wielość wyraźnie wzrosła w porównaniu z tym czego przed laty uczono nas w szkole i na uniwersytetach, można wyrazić w kategoriach ilościowych. Czy oto np. robotnicy stanowią wielkość, która nabiera pewnej jakości i predestynuje ich i dziś do roli „ przewodniej siły narodu”, jak mówiono nam o „klasie robotniczej” z przekonaniem podobnym do tego, jak obecnie mówi się o narodzie.

H.D. Żyjemy dziś, proszę panów, w nowej rzeczywistości, w której istnieje odmienna struktura właścicielska, inne hierarchie wartości, zapotrzebowanie rynkowe i układ pozycji społecznych. To też wspomniani robotnicy, którzy i dziś stanowią liczebnie największą klasę społeczną (około 40 proc. całości społeczeństwa) utracili obecnie większość poprzednich atrybutów, wskutek rozdrobnienia zawodowego, atomizacji interesów oraz zmian charakteru ich miejsc pracy. I jest jeszcze coś niemniej istotnego : otóż z perspektyw struktury klasowej ważne jest to, że klasy społeczne mogą się wyodrębniać „silniej” lub „słabiej”. Klasy w „słabej” postaci są tylko zbiorowościami jednostek zajmujących podobne pozycje, klasy w „silniejszej” postaci są zbiorowościami, które są tego faktu świadome. Im bardziej te klasy stają się widocznymi podmiotami sceny politycznej, tym silniej powinny oddziaływać na funkcjonowanie systemu politycznego, gospodarki czy zachowania jednostek.

Odnosimy wrażenie, że siła tego oddziaływania jest jednak stosunkowo niewielka, bo mamy do czynienia albo z arogancją wspomnianego „systemu politycznego”, albo z realiami ekonomicznymi, które uniemożliwiają spełnianie postulatów strajkujących grup zawodowych lub obietnic wyborczych. Ale wróćmy do innych wymienionych klas społecznych. Co o nich możemy powiedzieć?

H.D. O strukturze społecznej naszego kraju wiemy już dużo, choć wciąż mało na dokonywanie szczegółowego opisu. A więc wiemy, że w latach polskiej transformacji wyłoniła się nieliczna wprawdzie, ale rzucająca się w oczy grupa określana mianem elity biznesu, to owe 500 rodzin dysponujących majątkiem sięgającym miliardów złotych, osoby, wokół których tworzy się zrozumiałe społeczne zainteresowanie i specyficzna aura. Nie sposób w tym miejscu nie wymienić także elity politycznej: to także nieliczna klasa osób sprawujących najwyższe funkcje w państwie, to członkowie rządu, parlamentarzyści i różne grupy doradcze, to osoby, których ważność opiera się głównie na władzy funkcji i decydowaniu o losach ludzi rządzonych, a nie tyle wysokość ich wynagrodzeń.

A co dalej w dół od tych wszystkich elit? Kiedy wreszcie zobaczymy większe, znaczące wspólnoty społeczne?

H.D. Taką wspólnotą była kiedyś inteligencja – obecnie dominują w niej bardziej orientacje indywidualistyczne. Ale wciąż jest to i dziś. I jest: „stara” inteligencja, jak ludzie nauki i nauczyciele, twórcy kultury, lekarze czy prawnicy, i inteligencja „nowa”, którą określamy mianem specjalistów, a więc menedżerów zarządzających różnymi sektorami gospodarki czy usług, kadry kierownicze w sektorze finansów, ubezpieczeń czy specjalistów od nowych technologii. To osoby wykształcone, którym zależy na odniesieniu sukcesu zawodowego, zamożności i wysokiej konsumpcji, natomiast nie czują się już spadkobiercami własnego etosu, jako postawy zaspokajającej potrzeby ochrony wartości czy tożsamości narodowej. Jest to kategoria licząca dziś około 12 proc. ogółu społeczeństwa. Idąc dalej – polska transformacja ustrojowa pozwoliła uformować się przedsiębiorcom, właścicielom małych i średnich firm w kategorię obejmująca około 10 proc. ludności, grupę skupiającą wokół siebie znaczną liczbę osób, które zatrudniają w swoich firmach. I to oni właśnie, a także inni pracownicy w sektorze państwowym, urzędnicy, pielęgniarki i położne, a poza tym pracownicy handlu i niżsi pracownicy biurowi – tworzą dziś w Polsce, obok wymienionych robotników, największą liczebnie wspólnotę społeczną: to ponad 35 proc. całości ludności naszego kraju. I wreszcie polscy rolnicy, więksi i mniejsi właściciele gospodarstw rolnych czy sadowniczych: liczebność tej kategorii uległa największej redukcji – z 23 proc. w 1988 roku do poziomu 7–8 procent obecnego stanu w całości struktury społecznej; i liczby te obrazują skalę tej przemiany. Dodam, że przekształcenie to, przez które wcześniej przeszły kraje zachodniej Europy, uważam za niezmiernie istotne dla rozumienia wielu spraw dotyczących zmian mentalności i systemu gospodarczego; to skądinąd temat na oddzielną rozmowę.

Czy klasowy podział, o którym dotąd mówimy, wyczerpuje inne obecne w języku socjologii kategorie charakteryzujące stan społeczeństwa?

H.D. Współczesna socjologia, uformowana w krajach anglosaskich, posiłkuje się również innym rozumieniem hierarchii klasowej. Mam na myśli cały katalog pojęć, które wykreowały pojęcie „klasy średniej”, zróżnicowanej na „wyższą klasę średnią”, „średnią klasę średnią” i „niższą klasę średnią”. Kryteriami przynależności do owych klas, jest stan posiadania liczony wysokością dochodów, standard mieszkaniowy, poziom wykształcenia, prestiż, styl życia a najogólniej mówiąc – status społeczny i role zawodowe. Liberalna demokracja przypisuje klasie średniej rolę siły napędowej gospodarki i kreowania konsumpcji.

Jeśli byśmy chcieli uogólnić jakąś konkluzją przytoczone dane o polskim społeczeństwie i jego wielorakich podziałach, to narzuca się pytanie: co decyduje o istnieniu owych podziałów, co je w jakiś sposób konstytuuje?

H.D. Mimo pewnej dowolności w definiowaniu podziałów klasowych w większości definicji podkreśla się decydującą rolę interesów ekonomicznych i stosunków własności. Co więcej: wszystkie analizy wskazują, że czynniki te są trwałym elementem struktury społecznej i nie ma oznak, żeby miały zanikać. Fakt ten skłania do uznania istnienia podziałów klasowych jako zjawiska trwałego i do polemiki ze zwolennikami poglądu o ich „zanikaniu”. Prowadzone przez mnie badania wskazują, że w latach 1982–2013 nie zwiększyła się otwartość struktury klasowej ujmowana w postaci dziedziczenia pozycji rodziców, barier w wyborze małżonka i barier towarzyskich między inteligencją/specjalistami, pracownikami umysłowymi niższego szczebla, właścicielami, robotnikami i kategoriami rolników. Utrzymują się również nierówności klasowe pod względem poziomu dochodów i zagrożenia bezrobociem. Można więc sformułować wniosek, że członkowie różnych klas zachowują się zgodnie z własnymi interesami, co świadczy o czynnikach sprzyjających odtwarzaniu się hierarchii społecznej.

Czy przypadkiem za zapowiedź takich nowych zjawisk nie można nie uznać faktów z ostatnich miesięcy naszego życia w III Rzeczypospolitej: mamy na myśli z jednej strony Diagnozę społeczną prof. Janusza Czapińskiego, raport z rozległych badań opublikowany we wrześniu ub. roku i ukazujący, zresztą nie po raz pierwszy, niezwykle wysoki poziom zadowolenia polskich rodzin ze swojego rodzinnego życia, a z drugiej – gotowość uznania przez tych samych ludzi sugestii przedwyborczego spotu, że „Polska jest w ruinie”, i że potrzebna jest zmiana tego, co się dziś w niej dzieje. Co ta niespójność myślenia nie oznacza swoistej społecznej schizofrenii?

H.D. Myślę, że nie ma tu żadnej schizofrenii, tylko jest to raczej efekt kreowania pewnego stanu rzeczywistości przez polityków ówczesnej opozycji w czasie gorączki przedwyborczej. Stanu, który nie odpowiada realiom. Ani gospodarka nie jest w ruinie, ani państwo, ani też społeczeństwo nie nawoływało do zmiany systemu. Preferencje polityczne kierują się trochę innymi regułami niż dynamika przemian społecznych, miejsce Polski w Europie i funkcjonowanie gospodarki. Prawidłowością jest, że co pewien czas, umacnia się przekonanie o potrzebie zmian ekip rządzących – jest to potrzebne demokracji i ludziom. Odsunięcie od władzy w Polsce Platformy Obywatelskiej, mimo jej sukcesów w kraju i dobrych ocen opinii europejskiej, jest świadectwem występowania takiej potrzeby.

W Pana najnowszej, a wspomnianej już książce, czytamy interesujący rozdział, w którym poszukuje Pan odpowiedzi na pytanie: w jakim stopniu przynależność klasowa związana jest z akceptacją lub sprzeciwem wobec zachowań uznawanych za sprzeczne z tradycyjnym systemem wartości, takich jak homoseksualizm, zdrada małżeńska, czy utrzymywanie stosunków seksualnych przed ślubem. Jakie są Pana odpowiedzi w tej sprawie?

H.D. Odpowiem najkrócej: społeczeństwo polskie, podobnie jak każde społeczeństwo, dzieli się na zwolenników i przeciwników tych zjawisk, z tym że Polsce dominują ci drudzy. Ale ciekawe jest to, że zwolennicy tolerancji obyczajowej, a jest ich jedna czwarta ogółu badanych to kierownicy najwyższego szczebla i specjaliści, a myślący na te tematy odmiennie to robotnicy i niewykwalifikowani rolnicy. Fakt ten jest kolejnym świadectwem obecności podziałów klasowych w naszym kraju także w przypadku, gdy mówimy o różnicach światopoglądowych. I dotyczy to innych podobnych kwestii: czy należy zaostrzyć i tak bardzo restrykcyjną ustawę antyaborcyjną czy nie, czy zalegalizować związki jednopłciowe czy finansować zabiegi in vitro…?

Pana zainteresowania badawcze obejmują jeszcze jedną sferę społecznej rzeczywistości, która jest szczególnie bliska naszemu czasopismu: to kwestia zaufania pomiędzy ludźmi także zaufania do instytucji organizujących nasze życie zbiorowe. Napisał Pan w sposób ujmujący w jednym ze swych tekstów o zaufaniu, jako o „ludzkim pomoście nad przepaścią niepewności”. Rozwińmy tę piękną metaforę.

H.D. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zaufanie stało się jednym z najczęściej analizowanych zjawisk w socjologii światowej. Teoretyczną przesłanką ważności tego problemu jest traktowanie zaufania jako jednego z podstawowych elementów podłoża stosunków i więzi zarówno na poziomie bezpośrednich relacji między ludźmi, jak i na poziomie makrostruktury społecznej. Występuje też zależność między zaufaniem a różnymi aspektami świadomości i cechami położenia społecznego jednostek. Najogólniej ujmując, zaufanie oznacza redukcję niepewności i ryzyka, stanowi więc ważne dobro, warunek funkcjonowania jednostek i systemów społecznych. Polityczne np. korzyści większego zaufania polegają na wzmacnianiu stabilności systemu społecznego, legitymizacji władzy rządzącej i przestrzegania prawa.

Patrząc dziś na to, co się dzieje w naszym kraju nie sposób uznać zaufania za wartość znaczącą, docenianą i preferowaną w naszym życiu zbiorowym, także przez rządzących. Czy tak jest też w innych krajach, choćby naszego europejskiego kontynentu?

H.D. W wielu krajach, zwłaszcza Europy zachodniej poziom zaufania w stosunku do instytucji i ludzi jest o wiele wyższy niż w Polsce, a spośród krajów naszego bliższego sąsiedztwa – szczególnie wysokim poziom zaufania charakteryzują się mieszkańcy krajów skandynawskich, co w oczywisty sposób ujawnia się w stabilności i dobrobycie mieszkańców tych państw. Jest więc o co zabiegać, jeżeli chcemy aby nasze było po prostu lepsze.

Dotykamy tutaj, zbliżając się do końca naszej rozmowy, z jeszcze jednej kwestiię, z pewnością obecnej w refleksji socjologicznej i w Pana badaniach. Chodzi o kapitał społeczny i społeczeństwo obywatelskie. W jakim stopniu są to wartości realnie dziś w naszym kraju obecne i jaki jest ich wpływ na nasze polskie życie?

H.D. Jeśli uznać ów „kapitał społeczny” za świadectwo więzi zaufania, lojalności i solidarności znajdujące wyraz w samoorganizowaniu się i samorządności, głównie w ramach różnych stowarzyszeń, a „społeczeństwo obywatelskie” jako szczególnie cenną wartość demokracji liberalnej, pozwalającą społeczeństwu aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu swojego życia osobistego i społecznego – to mówimy o wartościach bardzo pożądanych i wartościach społeczeństw rozwiniętych ekonomicznie, otwartych, takich, które na tle wielu nierówności, podziałów i barier, zdają się być co najwyżej marzeniami, których osiągnięcie nie jest w stu procentach możliwe. Ale oczywiście, dążyć do nich należy.

Dziękujemy Panu za rozmowę.
 
***
 
Profesor Henryk DOMAŃSKI należy do grona najwybitniejszych polskich socjologów, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN w Warszawie, w latach 2000–2012 był jego dyrektorem.
 
Najnowsza książka prof. Henryka DOMAŃSKIEGO, do której odwołuje się Autor w rozmowie w „RES HUMANA”, to świetnie napisana wędrówka po najważniejszych dziś szlakach poszukiwań i badań socjologicznych, wśród których miejsce szczególne zajmuje analiza struktury społecznej, której podstawowymi elementami są kategorie określane pojęciami klas, warstw i grup zawodowych.
„Moim celem – czytamy we Wstępie – jest stwierdzenie, czy istnieją u nas podziały klasowe, a jeżeli istnieją, to jaką przybierają postać, na ile są one ważnym aspektem rzeczywistości, i jak oddziałują na politykę, gospodarkę i stosunki społeczne”.
W kolejnych dziewięciu rozdziałach książki, znajdujemy odpowiedzi na pytania czym są klasy społeczne, czy ich istnienie ma charakter trwały czy zmienny, jaka jest ich struktura, jak ujawnia się w różnych kontekstach społecznej rzeczywistości, tej ekonomicznej i tej odnoszącej się do kwestii światopoglądowych.
Autor w sposób przekonujący, wsparty przytoczonymi wynikami badań prowadzonych w latach 1988–2012, dochodzi do wniosku, że klasy społeczne nie znikają, jak sądzą niektórzy badacze, lecz wciąż pozostają trwałą częścią, „realnym bytem” Polski współczesnej.
Henryk DOMAŃSKI, Czy są w Polsce klasy społeczne?, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 273 + 5 nlb.
 
 
Res Humana nr 1/2016, s. 11-14