Istota gnicia wartości lewicy w Polsce

Autor: Radosław S. Czarnecki
 
 
Rozpad gnilny (łac. putrefactio) to zachodzący w warunkach beztlenowych proces rozkładu związków białkowych odbywający się pod wpływem enzymów proteolitycznych wydzielanych głównie przez saprofityczne bakterie gnilne (obecne w dużych ilościach m.in. w przewodzie pokarmowym) oraz niektóre grzyby. Zmiany rozkładowe nakładają się na autolizę pośmiertną organizmów. Jest to ważne ogniwo krążenia pierwiastków w przyrodzie. Wysoka wilgotność i temperatura przyspieszają gnicie, natomiast brak wilgotności i niska temperatura opóźniają, a w niektórych przypadkach nawet całkowicie wstrzymują ten proces. Równocześnie z tym procesem postępuje powstawanie gazów gnilnych, które doprowadzają z czasem do rozdęcia i zniekształcenia pierwotnego kształtu gnijącego obiektu (np. zwłok). Towarzyszy temu procesowi zwykle przykry zapach. To samo dotyczy idei, które również podlegają „utylizacji”, procesowi na podobieństwo gniciu.

Nawet religia umiera z chwilą,
gdy przeobraża się w obrządek.

Witold GOMBROWICZ („Przeciw poetom”)

Dylemat postawiony przed lewicą ze strony demo-liberałów (czyli Petru i Schetyna oraz medialny mainstream kibicujący jawnie tym politycznym rozwiązaniom) czy samodzielna droga sprzeciwu wobec zawłaszczania państwa i przestrzeni społecznej przez PiS nie jest na pewno ostatecznie zakreślonym zagadnieniem w tej kwestii. Oczywiście, hipotetycznym rozwiązaniem w tym aspekcie (pod względem polityki i społecznych oczekiwań) jest jeszcze – przynajmniej w płaszczyźnie rozważań teoretycznych – jakaś koalicja (czy wsparcie) PiS-u.  Uprzedzenia natury estetyczno-moralnej, jakie prezentuje wielu krytyków Prawa i Sprawiedliwości z obozu demokratyczno-liberalnego czy wręcz neoliberalnego nie są tu żadnym argumentem. Trzeba jasno sobie powiedzieć, iż spór jaki toczy się dziś w  Polsce o kształt demokracji i ustroju prawnego między dwoma partyjno-doktrynalnymi blokami jest konfliktem w „prawicowej rodzinie”. Różnice dotyczą jedynie form oraz akcentów: czy mają to być rozwiązania prawicowe w wersji hard czy soft. Postępowa i nowoczesna lewica musi to dobitnie artykułować, mimo demonstrowania sprzeciwu wobec praktyki aktualnie funkcjonujących rządów. Bo współczesna sytuacja naszego kraju jest pokłosiem mizerii rządów poprzedników (rekrutujący się  z tej samej prawicowo-leseferystycznej „familii”) Jak mówi Arystoteles: „…nie poznamy prawdy nie zgłębiając przyczyn”.

Tak, trzeba wspólnie protestować przeciwko jawnemu łamaniu zasad państwa prawa i rudymentów demokracji, ale należy jasno przedstawiać z czym lewica przychodzi na te demonstracje, pod jakimi hasłami i zasadami protestuje. Przeciwko czemu (bo jest wiele aspektów w programie PiS-u które  są  kompatybilne z wartościami jakie przyświecać winne zawsze lewicy) i komu. Ale należy również za każdym razem przy dysputach programowo-doktrynalnych podkreślać korzenie i źródła owego konfliktu pomiędzy PO i PiS-em, tego sporu w „prawicowej rodzinie”, które toczą dwie partie podobnej konduity: jedni to neoliberałowie spod flagi globalnych korporacji, drudzy – to neoliberałowie odziani w szaty nacjonalistyczno-ksenofobiczne i pod sztandarami fundamentalistów religijnych rodem ze Średniowiecza. Obie Partie (oczywiście w różnym stopniu i różniące się w sposobie oraz metodach uprawiania polityki) łączy bowiem konserwatyzm, tradycjonalizm, pospolicie rozumiane religianctwo i klerykalizm, predylekcja do autorytaryzmu i paternalizmu, rusofobia, anty-komunizm (a nawet – anty-lewicowość sui generis) itd.

Dotychczasowi komentatorzy – różnych opcji i proweniencji - zwracają uwagę na różne aspekty ewentualnego zjednoczenia politycznego (czy koalicji) skierowanej przeciwko PiS-owi. Nie jest to dobra metoda działania politycznego i próba wyjścia lewicy z zaścianka gdzie ulokowali ją stojący na czele w ostatniej dekadzie politycy (a nie czytający nastrojów i politycznej świadomości „ludu” – podkreślam: „ludu” rozumianego jako społeczeństwo czyli obywatele, nie naród i nie mainstream) czy wręcz całe quasi-lewicowe gremia polityczne. I to jest moim zdaniem pewne przesłanie jakie powinno przyświecać całej lewicy walczącej o swoje miejsce na krajowym rynku politycznych idei, teorii, tez, pomysłów na Polskę (Europę) etc. Myślę głównie tu o SLD i Leszku Millerze, ale cała, rozproszona i zwalczająca siebie nawzajem lewica de facto niewiele politycznie dziś w Polsce znacząca (przede wszystkim w wymiarze politycznym, a dalej – medialnym, kulturowym, mentalnym itd.) ma niesłychanie wiele grzechów na swym lewicowym sumieniu w tej mierze.

Ważniejszym jednak – jak sądzę – zagadnieniem jest sprawa języka jakim winna się posługiwać wyrazista (bo innej nie potrzeba) lewica. Jeśli lewica ma być „taką lepszą, sprawniejszą” asocjacją (bądź – towarzystwem wzajemnej adoracji) w realizowaniu neoliberalno-kapitalistycznej rzeczywistości i „robić dobrze kapitałowi” – czyli opowiadać się za rynkiem przeciwko jednostce, za pracodawcą przeciwko pracobiorcy, za egoizmem przeciwko wspólnocie obywatelskiej, za wyścigiem szczurów przeciwko równości szans, za konsumeryzmem przeciwko świadomemu Obywatelowi i sprawiedliwości społecznej itd. – to jest w takim razie niepotrzebna. Liberałowie (a de facto – neoliberałowie) przybrani w demokratyczne i wolnościowe szaty zrobią to lepiej i bardziej „uczciwie”.

Wszyscy zastawiamy się nad przyczynami, źródłami sukcesów prawicy (najszerzej pojmowanej) w naszym kraju, czego najlepszą egzemplifikacją jest nieobecność jakiejkolwiek z lewic – nawet tej leciutko różowej, zaledwie „zaróżowionej”  – w nadwiślańskim parlamencie. Ale jak można mówić o jakimkolwiek wpływie na świadomość społeczeństwa, na jego mentalność czy próbować chociaż kształtować określone, immanentne lewicowości, tzw. rudymentarne, wartości kiedy kształt narracji lewicy polskiej jest …… prawicowy w swej istocie, gdyż używa ona narracji podpierającej się argumentacją kojarzoną w cywilizowanym świecie (do którego staramy się usilnie „zapisać”) właśnie z prawą stroną sceny publicznej.

I nie wspominam tu już o militaryzacji języka i myślenia, apologii agresywnej polityki kojarzonej na świecie np. z NATO, hagiograficznej postawy wobec osób jak najdalszych od nawet tej lekko „zaróżowionej” lewicy. Głosowanie posłów SLD za uhonorowaniem tzw. Żołnierzy Wyklętych, postaci często o mocno podejrzanej politycznie kondycji i zbrodniczej działalności, specjalnym dniem (1 marca każdego roku), poparcie bombardowań Serbii bądź interwencji w Iraku  jest tego najlepszą egzemplifikacją.

Trzeba wrócić do języka lewicowych wartości, lewicowych pojęć, lewicowych tradycji (i to w najszerszym tego słowa znaczeniu). Lewica w swym przesłaniu nie może unikać odwołań – z niezbędnym krytycyzmem i historyczno-kulturową perspektywą – do nauk Karola Marksa. Marksizmu nie jako jedynego i niepodważalnego drogowskazu, nie jako doktryny, nie jako religii. Marksizmu tratowanego jako narzędzia do opisu otaczającej nas rzeczywistości, a na takiej bazie dopiero tworzenie politycznych i społecznych doktryn, programów etc.  Czyli powrót do źródeł, które dały lewicy sukces i popularność. Dziś lewica w Polsce wstydliwie unika podejmowania jakiejkolwiek konotacji z nauką marksistowską (powielając bardzo często prawicowe miazmaty w tej kwestii), chowając jak przysłowiowy struś głowę w piasek w tych kwestiach. To samo dotyczy dorobku Róży Luksemburg i innych myślicieli różnych odcieni – nie tylko państwowo-komunistycznej – lewicy.

Dlaczego lewica w Polsce zarzuciła w swym przekazie i dysputach publicznych takie pojęcia np. jak płód, zarodek, zapłodnienie, przerwanie ciąży, a używa terminów (żywcem wyjętych ze słownictwa katolickich religiantów, będących w Polsce zapleczem z racji historii, zawsze prawicy i ultra-prawicy) takich jak aborcja, życie poczęte, dzieci nienarodzone (kompletna aberracja) itd.

Dlaczego przesłanie lewicowe jest pełne XIX-wiecznego patriotyzmu, ocierającego się o nacjonalizm i ksenofobię? Dlaczego mówi się o narodzie, a nie o społeczeństwie ? O Polaku, a nie o obywatelu? Polaku, Niemcu, Czechu, Europejczyku itd. a nie o CZŁOWIEKU? 

Podsumowując te rozważania warto ponownie odwołać się do Witolda Gombrowicza który mówi; „…..Żyjemy w świecie, który jeszcze karmi się starymi systemami, ideami, doktrynami, ale symptomy niestrawności są coraz wyraźniejsze, pacjent już dostał czkawki”. Systemem, doktryną, ideą zwana (powszechnie na świecie skrytykowanym oraz uznanym za źródło współczesnych i powszechnych kłopotów) zwanym neoliberalizmem. Jeśli lewica w Polsce zacytowanego (i  obowiązującego jak nigdy, właśnie dziś na świecie) gombrowiczowskiego przesłania nie zauważy – to naprawdę „szkoda gadać” o czymkolwiek. Bo jest to moim zdaniem właśnie czytelny i jasny dla nas drogowskaz.

Bez zmiany myślenia o współczesnym świecie, a dalej – języka i narracji, bez jasnego odróżnienia się od totalnie „prawicowo-skrętnego” myślenia i argumentacji jakie panują aktualnie w Polsce aktualnym będzie jedynie to, co zostało zacytowane  we wstępie, a co dotyczy naturalnych procesów gnilnych zachodzących w przyrodzie.