Zagubiony Kościół (cz. I)
 
Autor: Józef Baniak
 
 
Uwagi wstępne
 
Kościół rzymskokatolicki w Polsce, jako lokalna część Kościoła powszechnego, niemal zawsze przeżywał i ciągle przeżywa różne swoje dramaty i dylematy religijno-doktrynalne i moralne. Trudne doświadczenia spotykały Kościół niemal w każdym okresie jego odległych dziejów, jednak współcześnie rozmiar i wysoki poziom komplikacji tych traumatycznych doświadczeń jest szczególnie widoczny. W trudnych dla siebie sytuacjach i okolicznościach Kościół ujawnia swoistą nieporadność i nieumiejętność dostosowania swojego przekazu religijnego i społecznego wobec oczekiwań wiernych. Z drugiej strony, ciągle dążył i dąży do utrzymania w świadomości Polaków opinii i wysokiej oceny o własnym autorytecie i niezbędności swej roli w narodzie i państwie. W rezultacie Polacy zauważali, a badacze potwierdzali, swoiste zagubienie Kościoła i kleru w nowych dla niego warunkach pełnienia swojej misji.

Obecnie owo zagubienie Kościoła w życiu współczesnym nasiliło się szczególnie (zob. Baniak 2015; Borowik 2005, s. 149–166), choć zjawisko to nie jest w istocie ani nowe, ani nietypowe, ponieważ już wcześniej procesy zagubienia były dostrzegane przez wielu badaczy dziejów Kościoła, w tym wielu teologów (zob. Przybecki 1986; Przybecki 2009: s. 77–85).

I właśnie o „dziejach” zagubienia Kościoła instytucjonalnego w Polsce będzie mowa w tym artykule.

Diagnoza dostrzeżonego problemu

Sytuację Kościoła tak przedstawiał ks. prof. Roman Rogowski z Wrocławia w 2001 roku: „(…) Kościół znad Wisły i Odry przeżywa swój los i doznaje lokalnych doświadczeń. Jednym z nich był komunizm, który, z jednej strony, usiłował zepchnąć Kościół na margines życia społecznego, ale z drugiej strony, był okazją do mobilizacji wysiłków, by trwać i działać w narodzie. Te działania były skoncentrowane na kulcie i administracji, na tradycji i na tym wszystkim, co miało postać «rządu dusz». W tej sytuacji schodziły na plan dalszy postawy moralne i pogłębione duszpasterstwo, teologia i opinia publiczna wewnątrzkościelna, ale także w pewnym stopniu na dalszy plan zeszła realizacja postanowień Soboru Watykańskiego II. (…) Z takim właśnie bagażem wkroczył Kościół w okres transformacji państwa, znalazł się w nowej sytuacji politycznej i społecznej, a także gospodarczej, i stanął wobec nowych zadań. Demokracja, wolny rynek, liberalizm, globalizacja i Unia Europejska – to zjawiska nad Wisłą i Odrą nowe, wobec których Kościół lokalny musiał zająć odpowiednie stanowisko. Do tego doszły takie zjawiska społeczne, jak bezrobocie i zubożenie pewnej warstwy społeczeństwa, prywatyzacja i konsumpcjonizm, materializm i kult pieniądza, a także relatywizm moralny i zobojętnienie religijne, sekty i napływ obcych kultur oraz pęd do unifikacji w dziedzinie religii, wreszcie rozmycie w dziedzinie wartości, ocen i postaw” (Rogowski 2001: 89–90). Autor twierdził wówczas, że Kościół w Polsce znajdował się, w wyniku presji tych licznych czynników, w: „(…) sytuacji pastoralnej, którą – z pewnym uproszczeniem – można by nazwać zagubieniem. To zagubienie nie dotyczy, oczywiście, istoty Kościoła, jego tożsamości, ale dotyczy jego funkcji i działań, postaw i decyzji. Dotyczy, zatem, jego struktury ludzkiej, a w niej przede wszystkim hierarchii, zwłaszcza Episkopatu, bo to on kieruje Kościołem i stanowi jego urząd nauczycielski. (…) Sytuacja ta jest rzeczywiście poważna i wymaga krytycznej oceny stanu i szukania środków do poprawy” (Rogowski 2001: 91).

Te niemal prorocze słowa i uwagi znanego teologa polskiego, okazały się aktualne w kolejnym dziesięcioleciu, i nie straciły na aktualności także w obecnie: nadal bowiem – w swej treści i przesłaniu – polski Kościół jest „zagubiony”, co wyraża się w wielu sferach jego aktywności religijnej i świeckiej; co więcej, w tym zagubieniu traci orientację co słuszności podejmowanych decyzji, także w układaniu swoich relacji z państwem, z katolikami świeckimi i z różnymi środowiskami społecznymi. Z tego zagubienia nie potrafi, albo nie chce, wyjść naprzeciw czasom, w których dziś Kościół działa, przy czym chodzi tutaj m.in. o zagubienie wobec ważnych spraw i problemów zwykłych ludzi, którzy w „rozdwojonym” politycznie Kościele i z licznymi niemoralnie postępującymi księżmi nie chcą mieć kontaktów i słuchać ich religijnych i etycznych pouczeń, a tym bardziej wskazań politycznych, które ich gorszą i zniechęcają do religii (zob. Baniak 2005: 107–154).

Zwróćmy w tym miejscu uwagę na najważniejsze przejawy tego zagubienia, chociażby niektóre zachowania władz kościelnych wskazują na odzyskanie poczucia siły i mocy, dominacji nad państwem słabym, wpływania na ważne sprawy państwowe i lokalne: „(…) Zagubienie Kościoła – pisze ks. Rogowski – przybiera różne formy i realizuje się w różnych relacjach – do świata i państwa, do człowieka i innych Kościołów oraz religii, a w końcu do wewnątrzkościelnej, czyli własnej sytuacji. Jedną z najczęstszych form tego zagubienia są zaniedbania. (…) W Kościele w Polsce występuje ono w formie wzmożonej (…), a zagubionymi – są chrześcijanie tworzący Kościół nad Wisłą i Odrą” (Rogowski 2001: 91).

Kościół instytucjonalny niemal zawsze stawał w opozycji do świata – do jego odmienności ideowej i preferowanych wartości, chciał być inny niż świat („Ecclesia alia”). Sytuacja ta była w przeszłości i nadal jest widoczna również w Kościele w Polsce, który ukazuje na wiele sposobów swoją odrębność i odmienność w zakresie własnych założeń ideowych, celów, systemu wartości i sposobu sprawowania władzy religijnej i świeckiej w społeczeństwie. Z drugiej zaś strony, Kościół ten coraz wyraźniej dąży do zacierania różnic i granic oddzielających go od świeckiego państwa, twierdząc, że obywatele i ludzie wierzący to ci sami ludzie w obu okolicznościach, więc granice między państwem i Kościołem mają wymiar umowny, a najlepiej, aby ich nie było. Ta interpretacja owej granicy stanowi podłoże do masowej sakralizacji życia publicznego i państwowego, umożliwia Kościołowi wpływ (często dyktat) na decyzje władz państwowych każdego stopnia i poziomu. Tej dwoistości postaw i działań Kościoła i kleru nie rozumieją w swej większości katolicy świeccy i sami czują się też zagubieni w jego strategii społeczno-politycznej, a niektórzy pytają, co Kościół chce uzyskać w tym niezrozumiałym postępowaniu (zob. Baniak 2010a).

Ks. prof. R. Rogowski pisał: „(…) W tej sytuacji rola Kościoła jest odpowiedzialna i trudna obiektywnie, ale wydaje się, że jest on trochę zagubiony wobec tego wszystkiego, co się dokonuje i co przychodzi ze świata. Podział katolicyzmu w Polsce, dokonany przez Jarosława Gowina (Gowin 1995, s. 219–230), na katolicyzm tradycji i katolicyzm otwarty, na zamknięty i otwarty, wreszcie na katolicyzm integralny, może być bardzo uproszczony i przez to dyskusyjny, niemniej jednak może wskazywać na to zagubienie Kościoła. To zagubienie widać najlepiej na dwóch płaszczyznach – na zjednoczeniu z Europą i na globalizacji” (Rogowski 2001: 92–93). W nieco późniejszym okresie Kościół, został „przegrupowany” na dwa wrogie sobie czy zwalczające się i zabiegające o wpływy „mas świeckich” obozy, do czego przyczynili się w równej mierze duchowni i świeccy katolicy, czyli na „Kościół toruński”, sterowany przez ks. Tadeusza Rydzyka i niektórych biskupów i na „Kościół łagiewnicki”, któremu miał „patronować” kardynał Stanisław Dziwisz. Oczywiście, podziału tego nikt nie ogłosił oficjalnie, a wręcz przeciwnie, władze kościelne i świeckie zaprzeczyły jego istnieniu, natomiast „masy kościelne” i tak „swoje wiedzą”, twierdząc przy tym, że taki podział Kościoła w Polsce jest faktem . Ten podział skłócił Polaków i katolików, rozdzielił ich na dwa obozy: na fundamentalistycznych obrońców i zagorzałych przeciwników lokalizacji krzyża w typowo świeckiej przestrzeni państwa polskiego, a jednocześnie ukazał światu, że współcześni Polacy chcą żyć na co dzień w państwie świeckim, uwolnionym od nadmiernych wpływów Kościoła, a jednocześnie nie rezygnując z roli symboli religijnych w swoim życiu, lecz domagając się ulokowania ich w miejscu sakralnym, jakim jest świątynia. Fakt ten, nie dostrzeżony przez władze kościelne, świadczy wyraźnie o zagubieniu polskich hierarchów katolickich.

Ks. Roman Rogowski formułuje też ciekawą diagnozę religijności Europy, a na jej tle również życia religijnego katolików polskich, wyjaśniając przekonująco, że: „(…) religijność Europy (…) nie była nigdy tak do głębi chrześcijańska, a zasada <cuius regio, eius religio> produkowała w praktyce ludzi, którzy byli pokropieni wodą święconą, pozostając w sercu nadal poganami. Łatwiej było bowiem wybudować wspaniały kościół czy zamknąć niewygodną żonę w klasztorze, niż nawrócić się i żyć zgodnie z Ewangelią. Dlatego to, co się w tej chwili dzieje w Europie, dowodzi tylko, że ta woda święcona po prostu wyschła. W stosunku do tej sytuacji Kościół w Polsce, a konkretnie hierarchia, jest podzielony: jedni widzą szansę, inni zagrożenie. (…) Wiąże się z tym sprawa odpowiedzialności Kościoła lokalnego za Kościół powszechny. Chodzi konkretnie o misje i o kapłanów-misjonarzy z Polski. Tymczasem są w Polsce diecezje, które mają relatywnie nadmiar księży, ale nie poczuwają się do odpowiedzialności za ewangelizację misyjną i nie są skłonne oddawać księży na posługę Kościoła powszechnego. Ten brak otwarcia na potrzeby i bolączki Kościoła w świecie może świadczyć o anemii odpowiedzialności za cały Lud Boży i dowodzi na przełomie wieków pewnego rodzaju zagubienia” (Rogowski 2001: 93–94).

Sytuacja ta jest widoczna również w Polsce, gdzie nadal występuje nadmiar księży (ponad 30 tysięcy), choć obecnie liczba alumnów systematycznie maleje w diecezjach i zakonach. Niemniej kryzys kadrowy Kościołowi w Polsce bynajmniej nie grozi na wiele kolejnych dziesiątek lat (Baniak 2010: 307–315; Baniak 2012). Nie oznacza to jeszcze, że władze kościelne w Polsce będą szerzej niż dotąd „dzieliły się” własnymi zasobami kadrowymi z Kościołami cierpiącymi braki w tym zakresie, które utrudniają im realizację zadań duszpasterskich. A jakie jest naprawdę chrześcijaństwo katolików polskich, też pokropionych święconą wodą wielokrotnie, ciągle jest pytaniem otwartym. Jednak badania socjologiczne wyraźnie pokazują nowy fenomen – katolików niewierzących, choć spełniających niektóre ryty przejścia z różnych powodów, aczkolwiek najczęściej z przyzwyczajenia lub z tradycji rodzinnych (zob. Baniak 2007: 23–43).

Ks. Roman Rogowski, powołując się na opinię Johna Leskovitza, twierdzi, że Kościół ciągle ma ambiwalentny stosunek do kapitalizmu, że za mało radykalnie ujawnia skalę nadużyć w tym systemie. Problem ten autor dostrzega też w Polsce, bowiem władze kościelne ciągle zabiegają o wsparcie u ludzi zamożnych, mają wpływy w środowisku władzy państwowej i samorządowej, a przede wszystkim z uporem dążą do odzyskiwania od państwa i społeczeństwa utraconych w odległej, niekiedy zbyt daleko w czasie historycznym, przeszłości, swoich posiadłości ziemskich i nieruchomości parafialnych i zakonnych. Odzyskane majątki ziemskie szybko spieniężają, a za nieruchomości otrzymują ekwiwalenty pieniężne w setkach milionów złotych, często w sposób rażący kłócący się z etosem Kościoła, nie mówiąc już o regularnym dotowaniu przez budżet państwa niemal wszystkich form działalności religijnej Kościoła. W tym dążeniu Kościół polski już się pogubił, zaznacza autor, ujawniając nieograniczoną zachłanność na środki finansowe i niepohamowaną dążność do bogacenia się, przy jednoczesnym głoszeniu wiernym idei ubóstwa pod każdą postacią i „niedbania o sprawy tego świata, lecz skoncentrowaniu się na sprawach nieba” (Rogowski 2001, s. 93).

Tę dwoistość stanowiska i zagubienie moralne części Kościoła dostrzegają bez trudu katolicy świeccy i inni Polacy, zwłaszcza niezamożni oraz dotknięci biedą i wykluczeniem społecznym, zarzucając księżom nadmierną chęć bogacenia się kosztem państwa. Nie tylko socjologowie widzą Kościół jako najbogatszą instytucją po państwie, a księża parafialni i zakonni są grupą społeczną o najwyższej skali zamożności, przy jednoczesnej postępującej pauperyzacji wciąż niemałej części społeczeństwa (zob. Kutyło 2012, s. 149–166; Kwiatkowski 2001, s. 107–120).

Wspomniany ks. R. Rogowski stoi na stanowisku, że „(…) Kościół – z teologicznego punktu widzenia – powinien być w moralnej opozycji do władzy i rządów. Ma to być jednak opozycja ściśle moralna, (…) Tymczasem Kościół w Polsce jest w tym względzie wyraźnie zagubiony i jak gdyby swoją postawą potwierdzał zdanie proroka Daniela: «Teraz nie mamy otworzyć swych ust» (3,33). Tymczasem wśród polskich niektórych biskupów można usłyszeć zdanie, że «Kościół nie będzie żandarmem w Polsce»; a jest to, z jednej strony, dosyć wygodna postawa, z drugiej, niezrozumienie, czym ma być Kościół w świecie, tym bardziej, że w niektórych krajach sumieniem narodu stają się media, a Kościoły lokalne milkną… Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że w tym wypadku Episkopat polski jest podzielony, wprawdzie nierównomiernie, ale jednak poważna jego część zajmuje inną postawę” (Rogowski 2001: 95–96).

To sformułowanie autora dziś wydaje się zbyt łagodne, gdyż „zapędy władcze” Kościoła i hierarchów polskich są przesadnie duże i perspektywiczne, nie chcą oni pominąć żadnej sfery życia społecznego, w której nie dołożyliby własnych starań o wpływy i moralizowanie społeczeństwa, chociaż trzy sfery są dla nich najważniejsze w ocenie pytanych o to Polaków: przesadna żądza władzy oraz chęć panowania nad sumieniami i wolą ludzi; bezgraniczna żądza bogactwa i wygodny styl życia („niebo na ziemi”); obrzydzanie ludziom przyjemności seksualnej poprzez ograniczenia etyczne i moralne dotyczące tej sfery ich życia („klerykalizm świeckości”), w tym w pożyciu małżeńskim i rodzinnym („seks reglamentowany”). Kościół zagubiony ideologicznie nie chce zrozumieć, że dzisiejsi ludzie, jego członkowie, w swej większości nie zaakceptują norm etycznych z czasów starożytnych, a chętniej i szybciej wyemigrują z niego, nie zrywając swoich więzi z Bogiem. Ludzie pytani o „boskie” pochodzenie zasad moralnych głoszonych przez Kościół rzymskokatolicki, najczęściej odpowiadają, że „Bóg nie ma nic wspólnego z nimi”, że „normy te wymyślał zawsze Kościół i księża, aby móc kontrolować sumienia ludzi”, że „księża żyją w przymusowym celibacie i chcą swój styl życia narzucić wszystkim ludziom”, że „ludzie kierują się swoją uczciwością i sumieniem, sami dobrze wiedzą, co jest dla nich dobre, a czego nie mogą robić, aby być w zgodzie z Bogiem i z innymi ludźmi”, że „czas najwyższy, aby ludzie sami decydowali o swojej moralności, a nie poddawali się moralizowaniu księży, którzy o ich życiu mają blade pojęcie” (zob. Mariański 1990; Mariański 2013, s. 147–198). Do tych uwag Rogowskiego można też odnieść przestrogę Jean’a Nublier’a, który ujawnia niejednoznaczne nastawienie duchownych do ludzi biednych: „(…) Gdy się mieszka w pałacach i zasiada po stronie rządzących, to tak trudno wczuć się w sytuację bezdomnego i pogardzanego, ale też trudno uważać się za pasterza” (Nublier 1989: 67), a także opinię o Kościele biskupa Heldera Camary, wskazującą, że: „(…) Kościół powinien angażować się i być solidarny jedynie z ludem. Jeśli rząd angażuje się także w interesie ludu, może w tym działaniu spotkać się z Kościołem. Jednak, gdy stale jeździ się szybkimi samochodami, zbyt szybkimi, nie ma czasu dotknąć nędzy” (Camara 1995: 124, 157). Ks. Roman Rogowski dodaje w tym kontekście, że: „(…) W Kościele lokalnym w Polsce … to zagubienie szczególnie ma miejsce wtedy, gdy chodzi o troskę o rodzinę. (…) Nie chodzi tu o czysto kościelne działania charytatywne, bo są istotnie wielkie, ale o działania systemowe, bo przede wszystkim one mogą poprawić los biednych i los rodzin” (Rogowski 2001: 97–98).

Dokończenie w następnym numerze „Res Humana”.

Autor artykułu jest profesorem socjologii w Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu; autorem wielu cenionych publikacji, w tym studiów z dziedziny socjologii religii.
 
 
Res Humana nr 6/2015, s. 19-22