Uczelnie wyższe: nasz narodowy skarb i nasza o niego troska

Z Jego Magnificencją Rektorem Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku profesorem Zbigniewem Pawłem KRUSZEWSKIM rozmawiają Wiesław Łuka i Zdzisław Słowik
 

Panie Rektorze, czy możemy mówić o sytuacji kryzysowej w szkolnictwie wyższym? Jeszcze tak niedawno szczyciliśmy się rekordową w Europie liczbą studentów. Tymczasem od paru lat notujemy ich zmniejszenie prawie o pół miliona; zamyka się wiele kierunków na uczelniach publicznych i prywatnych; ulega likwidacji wiele uczelni niepublicznych.

Nie rozpatrywałbym szkolnictwa wyższego w oderwaniu od ogólnej sytuacji edukacyjnej i w ogóle sytuacji społecznej w kraju. Parę dekad wstecz uzyskanie tytułu magistra dla przeważającej większości słuchaczy wyższych uczelni istotnie zamykało proces kształcenia. Obecnie to się gwałtownie zmienia ? dziś mówimy o potrzebie, a nawet o konieczności kształcenia ustawicznego, do którego zmusza nas niezwykle szybkie tempo rozwoju wielu dziedzin życia. Dlatego na szkolnictwo wyższe musimy spojrzeć nie jako na finał kształcenia, ale na jego etap. Rzeczywistość wymusza potrzebę uczenia się przez całe życie, czego dowodzi intensywny rozwój studiów podyplomowych czy doktoranckich.

Jest więc kryzys, czy go nie ma?

Nie uważam tego określenia za najbardziej trafne. Natomiast możemy mówić o niedocenieniu trendów demograficznych w prognozowaniu dynamiki rozwojowej szkolnictwa wyższego. Mogliśmy przewidzieć w strategii rozwoju edukacji narodowej ? od szkoły podstawowej do uniwersytetów i innych uczelni wyższych ? że zjawisko wzrostu i spadku przyrostu naturalnego jest falujące, przypomina sinusoidę. Po drugiej wojnie światowej przeżywaliśmy lata wyżu demograficznego i lata jego spadku. Teraz przeżywamy silny spadek i chyba już nigdy nie osiągniemy liczby 40 milionów populacji Polaków, a w szkolnictwie wyższym nie osiągniemy liczby 2 milionów studentów. Ale czy demografowie rzeczywiście powinni i mogli to przewidzieć, a decydenci od szkolnictwa wyższego, zwłaszcza publicznego, powinni wyciągnąć z tego stosowne wnioski? Wszystkich nas satysfakcjonowała wzrastająca liczba wyższych uczelni państwowych, budowanych z naszych, podatników pieniędzy. A kto mógł ćwierć wieku temu przewidzieć burzliwy wręcz rozwój wyższych uczelni niepublicznych? To że ktoś wyda własne środki na powołanie do życia niepublicznej uczelni, to jest jego wybór, jego sprawa, a teraz jego kłopot. Natomiast sytuacja w szkolnictwie państwowym, to nasz wspólny kłopot, bo obserwujemy rozległe przestrzenie i możliwości kształcenia w uczelniach publicznych, które w coraz większym stopniu są niewykorzystane, wskutek wspomnianego już niżu demograficznego. Straty z tego powodu odczuwa całe społeczeństwo. Sądzę też, że resort nauki i szkolnictwa wyższego powinien sprzeciwić się oferowaniu studentom różnych wyszukanych kierunków studiów, które nic nie dają ? choćby takich kierunków jak europeistyka czy biotechnologia. W poprzednich kilkunastu latach wydano studentom w uczelniach państwowych wiele dyplomów, które dziś okazują się niewiele przydatne; słyszę też, że wielu absolwentów tych kierunków pozostaje bez pracy.

Zamykane są także niektóre uczelnie?

Ulegają likwidacji uczelnie prywatne, państwowe ? nie.

Państwowe zaś zmieniają często szyldy, aby dalej trwać?

Z tego wynika, że nasze państwo jest bogate, i pragnie za wszelką cenę utrzymywać stan posiadania. Ale nie oszukujmy się: tak, jak wiele jest dobrych uczelni niepublicznych, tak dużo jest słabych uczelni państwowych. Zarówno istnienie jednych i drugich powinno podlegać weryfikacji. Tym bardziej, że ciągle jesteśmy państwem ?drogim?. To znaczy, że za dużo wydaje ono pieniędzy z naszych podatków na utrzymanie nadmiernie rozbudowanych, w istocie biurokratycznych instytucji publicznych. Te instytucje albo są niepotrzebne, albo wymagają gruntownej reorganizacji. Media często zwracają uwagę na szastanie budżetowymi środkami, jednak na sygnale medialnym się kończy. Kontrolom, walidacjom, nadzorowi są poddawane fundusze europejskie, natomiast nasze własne środki budżetowe wydaje się lekką ręką! Bo wciąż panuje przekonanie, że to co państwowe, to ciągle u nas znaczy ? niczyje. A skutkiem takiego myślenia jest to, że zarabiamy mało, a zarazem płacimy zbyt duże podatki. Przypomnę w tym miejscu głośny przykład zagranicznych wyjazdów naszych parlamentarzystów: byłem senatorem i posłem, więc na podstawie osobistych obserwacji powiem, że można z powodzeniem obciąć co najmniej o połowę środki na zagraniczne wyjazdy członków parlamentu, a także fundusze na finansowanie partii politycznych. A służba zdrowia ? mówimy, że jest niedofinansowana, ale jestem pewien, że duże pieniądze są w niej wydawane nieracjonalnie, często marnotrawione. Szkoda, że brakuje w kraju ludzi, którzy potrafiliby zracjonalizować dysponowanie publicznymi środkami i w efekcie gruntownie poprawić funkcjonowanie polskiej służby zdrowia. Podobnie jest z wieloma innymi sektorami. Tylko ich służby biurokratyczne mają się całkiem dobrze i ich liczba stale rośnie. Szkolnictwo wyższe nie jest więc odosobnione na liście tych dziedzin naszego życia, które wymagają zdecydowanych działań racjonalizujących ich dalsze istnienie i działanie w imię dobra publicznego. Bo szkolnictwo wyższe jest naszym narodowym skarbem, lecz wymaga ono dziś odważnych przewartościowań, aby skarbem pozostało.

Zechce Pan Rektor podać jakiś przykład.

Zastanawiam się i stawiam retoryczne pytanie: czy na przykład Uniwersytet Warszawski lub Politechnika Warszawska ? a uczelni o porównywalnym poziomie mogę wymienić więcej ? powinny tak, jak dotychczas, prowadzić także studia licencjackie? To trudna kwestia, bo konwencja bolońska, wymusza taką konieczność. Ale dla studentów niższych szczebli kształcenia niekoniecznie powinniśmy angażować często wybitnych profesorów. Oni powinni głównie zajmować się badaniami. Do nauki jazdy samochodem firmy nauczające nie wystawiają mercedesów, lecz podstarzałe fiaciki albo polonezy. Profesor ze swoim wynagrodzeniem i dorobkiem naukowym jest za drogi dla początkującego studenta. Profesor powinien zajmować się magistrantami i doktorantami. Natomiast student, zdobywający dyplom licencjacki czy inżynierski, powinien uczyć się w tańszych uczelniach, m.in. niepublicznych. W USA właśnie taką rolę pełnią college, nie zaś uniwersytety. Dla wybijających się nauczycieli akademickich, obecnych w nauce światowej, powinny być organizowane laboratoria na światowym poziomie. Potrzeba nam zmiany podejścia do szkolnictwa.

Dlaczego nie jesteśmy w stanie zmienić tego podejścia? Działa przecież Państwowa Komisja Akredytacyjna ? czym się zajmuje?

Czasami przyjeżdżają do mnie, do Płocka na kontrolę profesorowie z drugiego krańca Polski, wypełniają liczne formularze z danymi, które są według nich niezbędne do wydania decyzji o dalszej akredytacji kierunku, operują jakimiś symbolami A ? plus, B - minus i wyjeżdżają. Jakąż gruntowną wiedzę o problemach mojej uczelni mogą zdobyć po dwóch dniach pobytu? Z dziesiątków dokumentów, które każą sobie kserować, skanować czy też przenosić na nośniki elektroniczne, tej wiedzy też nie pozyskają. Według Komisji o losach akredytacji kierunku studiów mają decydować m.in.: współpraca międzynarodowa, udział studentów w zagranicznych stażach, programach, badania naukowe z udziałem studentów itp. Tymczasem nauka w naszym kraju jest najcięższym i najdroższym zawodem w jego zdobywaniu i wzbogacaniu. Uprawiają go bardzo często entuzjaści. Realia są takie, że zdobycie pieniędzy na badania, zdobycie grantu, który byłby realizowany także z udziałem studentów, to droga przez mękę. Można zdobyć grant, wykazać się sukcesem dzięki wykorzystaniu lub wdrożeniu wyników badań, a kiedy chce iść dalej w tych badaniach, dostać na nie kolejne środki, całą procedurę trzeba przejść od początku, przebrnąć przez tę iście ciernistą drogę, jak by się było nowicjuszem. I co gorsza, nie ma się pewności, że środki na kolejny grant zostaną przyznane, bo w międzyczasie mogą zmienić się priorytety. Ale to już wizytatorów z PKA nie interesuje.

Co i rusz słyszymy o kolejnych reformach szkolnictwa wyższego, a rzeczywistość, ciągle skrzeczy. Dlaczego?

Bo wiele z dotychczas przeprowadzonych reform jest co najmniej ułomne. One nie mają na celu podniesienia poziomu nauki i jej rozwoju, lecz jej spętania coraz gęstszą siecią biurokratycznych wymagań, określanych wskaźnikami ilościowymi, ową parametryzacją, obowiązkiem wprowadzania niezliczonych danych do stworzonego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego systemu POL-on. Nauka przez decydentów, będących jednocześnie dystrybutorami środków publicznych, traktowana jest coraz bardziej jak każdy inny towar, ze wszystkimi tego faktu następstwami. A najbardziej niebezpiecznym z nich jest postępujące ograniczanie autonomii nauki i szkolnictwa wyższego, podważanie tej wartości, która być powinna nienaruszalną, pozostać paradygmatem. Nie jestem też odosobnionym w przekonaniu, że część reform służy głównie niektórym grupom samodzielnych pracowników nauki, tak aby żyło się im spokojnie i w bardziej komfortowych warunkach. Z racji pełnionych funkcji w kierowanej przeze mnie uczelni muszę uczestniczyć od lat w owych działaniach reformatorskich. W związku z czym muszę z żalem stwierdzić, że mimo wielu inicjatyw dobrych i ważnych, szkolnictwo publiczne pozostaje wciąż w tyle za dynamiką współczesnych przemian. Ja wiem, że wszelkie zmiany o charakterze strukturalnym wymagają niemałych środków. A tych, jak wiadomo, wciąż jest mało. Powiem więcej ? jest zdecydowanie za mało, jeśli szkolnictwo wyższe pragniemy postrzegać jako jeden z najważniejszych filarów rozwoju gospodarki, społeczeństwa i państwa.

Mówi się dużo o większym niż dotychczas powiązaniu nauki z praktyką.

Ale tylko się mówi. Uczelnie niewiele mogą i jeszcze mniej oferują przemysłowi, polskiej ekonomii oraz innym sferom naszego życia. W humanistyce to wygląda trochę inaczej. W tym dynamicznie rozwijającym się świecie, także w naszym kraju, wyszedł sygnał z ministerstwa, że należy patrzeć preferencyjnie głównie na nauki stosowane. Na przykład historyków czy filozofów nie powinniśmy kształcić. A są to przecież dziedziny wiedzy fundamentalne dla naszej tożsamości i nauki w ogóle.

Mówił Pan Rektor o współistnieniu szkolnictwa prywatnego z publicznym. Chcielibyśmy zapytać, czy jest coś specyficznego, co by wprowadzało nowy ład do szkół niepublicznych w Polsce? Czy one wniosły coś nowego, co by neutralizowało to marnotrawstwo części środków w szkolnictwie publicznym? Czy widać taką wartość, która przemawia na korzyść szkolnictwa prywatnego?

Trudno porównywać giganta z mikrusem ? gigant dysponuje miliardami ze środków budżetowych, a mikrus rządzi się tym, co przyniosą studenci w formie czesnego. Wszystko jednak idzie w kierunku eliminowania szkół niepublicznych. Może zostanie ich kilka, tych renomowanych w największych ośrodkach akademickich, w dużych aglomeracjach. Niektórym studentom z najbogatszych rodzin będzie nawet imponowało płacenie wysokiego czesnego w Warszawie i chwalenie się, że studiują w najlepszej uczelni prywatnej, tak jak ma to miejsce w krajach zachodnich. Mogę z żalem powiedzieć, że przez 25 lat nie zrobiono nic, by wzmocnić szkolnictwo niepubliczne. Traktowani jesteśmy jako konkurencja i należy nas marginalizować. Tymczasem państwu powinno zależeć na tym, by mieć wykształconych obywateli, więc ci niezamożni studenci powinni być od samego początku studiów wspierani przez państwo. Dzisiejszy system studiów preferuje bogatych. Ja nie widzę wzajemnego uzupełniania się prywatnych szkół z państwowymi, harmonijnego współistnienia tych sektorów, co by skutkowało racjonalnym dysponowaniem publicznych pieniędzy, na zasadzie partnerstwa publiczno-prywatnego.

Jak na tym wzburzonym oceanie ma się uczelnia, w której gościmy? Jakie były początki Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica?

Jesteśmy jedną z najstarszych szkół niepublicznych, zarejestrowaną w 1991 r. pod numerem 13. Nie przestraszyłem się tym feralnym, podobno, numerem, który do tej pory pewnie się zmienił na 4 lub 5, bo niektóre szkoły prywatne już uległy likwidacji, czego dokładnie nie śledzę. Mimo wszystko jakoś sobie radzimy na tych wzburzonych falach. Parę lat temu mieliśmy 12 tys. studentów, dla nich pobudowaliśmy nawet akademik, dziś mamy około trzech tysięcy. Wydaliśmy ponad 40 tys. dyplomów licencjackich i magisterskich. Uczelnia ma dwie filie ? w Wyszkowie i w Iławie. Mamy dyplomantów nawet z Zakopanego i innych ośrodków dalekich od Płocka, ale przeważają dyplomanci z północnego Mazowsza. Wskutek zawirowań, głównie z powodu niżu demograficznego, straciliśmy w ostatnich latach studentów dziennych. Teraz młodzi ludzie idą do uczelni państwowych, bezpłatnych na studia licencjackie, a do nas przychodzą ?robić magisterium?. Niestety, nadszedł czas zjazdu po równi pochyłej. Jeszcze niedawno stać nas było na inwestycje. Dziś staramy się przetrwać, ale nie jest nam łatwo: kilka naszych inwestycji, między innymi akademik, świeci pustkami. Kiedyś zatrudniłem osoby do obsługi 12 tys. studentów, a teraz niełatwo znaleźć dla nich zajęcie przy trzech tysiącach słuchaczy.

Inny problem ? w ciągu 25 lat transformacji i niewątpliwego skoku cywilizacyjnego, zmienił się profil studenta. W latach dziewięćdziesiątych przychodzili do nas młodzi ludzie po liceum, którzy jeszcze nie widzieli morza, a tym bardziej nie byli za granicą. Dziś takich już nie ma. Dziś młodzi są mobilni i mają inną świadomość. Obserwuję i rozmawiam z nimi ? słyszę ich opinie świadczące o rozbudzonych ambicjach; oni chcą studiować w wielkich miastach. Inny problem ? borykam się też z profilowaniem uczelni. Na przykład stworzyłem pedagogikę na dobrym poziomie, licząc na duże zapotrzebowanie, bo nasz region ma rozwinięte szkolnictwo podstawowe i średnie. Tymczasem płocka Państwowa Szkoła Zawodowa w Płocku również rozwinęła ten kierunek, co spowodowało odpływ młodzieży z naszej szkoły, bo w PWSZ studiują bezpłatnie. Tymczasem ? jeżeli na którymś kierunku mamy mniej niż 30 studentów, to wpływy z czesnego nie pokrywają kosztów utrzymania procesu dydaktycznego. Taka sytuacja właśnie wytworzyła się teraz na naszym wydziale WF, bo zgłosiło się tylko 25 osób. Mimo tych trudności nadal działamy, lecz jednocześnie intensywnie myślimy o przyszłości. Zabiegamy o granty, wydajemy książki, ale gnębienie nas przez państwową biurokrację również trwa. Muszę zatrudniać specjalnego pracownika, którego zadaniem jest ciągłe pisanie wymaganych przez ministerstwo sprawozdań. Nie dostaję z resortu wsparcia budżetowego, ale sprawozdania finansowe do ministerstwa muszę składać. Mówi się głośno, że tego tam nikt nawet nie czyta.

Kieruje Pan uczelnią i równocześnie, od kilku kadencji, niezwykle szacowną placówką z prawie dwóchsetletnią tradycją ? Towarzystwem Naukowym Płockim. Jakie Pan widzi jego perspektywy?

Cieszę się, że panowie doceniają znaczenie Towarzystwa, bo niewielu decydentów tak widzi jego dorobek i obecną rolę. Jako przewodniczący Rady Towarzystw Naukowych przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk mam szeroką perspektywę oglądu tego problemu. W dawnym rozporządzeniu ministerialnym mieliśmy status placówki posiadającej zbiory należące do narodowego zasobu bibliotecznego. Były minister kultury, Bogdan Zdrojewski odebrał nam jednak ten status. W rozporządzeniu napisano, że możemy na nowo się o niego ubiegać. Przyjechała komisja pod przewodnictwem dyrektora Biblioteki Narodowej i po zapoznaniu się z naszymi zbiorami i działalnością ? stwierdziła, że możemy ponownie wpisać nasze zbiory do narodowego zasobu bibliotecznego. Tymczasem ministerstwo wybrało sobie kilka placówek spośród ponad pięćdziesięciu w kraju i nimi się opiekuje również w zakresie finansowym. Nas jednak nie wspiera, gdyż jesteśmy stowarzyszeniem, ale jakoś sobie radzimy ? między innymi poprzez granty, do których musimy dokładać własne, wypracowane środki finansowe jako organizacja społeczna. Wydajemy naukowy kwartalnik z 60-letnią tradycją, w swoich zbiorach mamy dzieła takich twórców w różnych dyscyplinach nauki i sztuki jak Kopernik, Heweliusz i Goya. Prowadzimy studium doktoranckie. Możemy się pochwalić znacznym dorobkiem w zakresie popularyzacji regionu. Utrzymujemy związek z dwoma ważnymi dla kraju firmami przemysłowymi ? PKN ?Orlen? oraz PERN ?Przyjaźń? (X).

Czy mamy opuścić gabinet Pana Rektora w atmosferze narzekania?

Nie narzekam. Ja się bardzo cieszę, że żyjemy w Polsce odmienionej. Że jesteśmy członkami Unii Europejskiej i NATO, że Płock się zmienił i ciągle pięknieje. Chciałbym jednak, abyśmy jak najszybciej weszli do strefy euro, dzięki czemu bylibyśmy zmuszeni do szybszego wprowadzania porządku w wielu sferach życia, bo widoczny wciąż w nich bałagan bardzo mnie boli.

Dziękujemy za rozmowę.

Na kolejnych stronicach tego numeru naszego czasopisma, w rubryce ŚWIADECTWA, publikujemu recenzję książki naszego rozmówcy zatytułowanej Towarzystwo Naukowe Płockie: podmiot życia publicznego. KLINKIJ TU
 

Res Humana nr 4/2015, s. 13-17