Banki wobec koniecznej odbudowy wiarygodności

Autor: Jan Jarecki
 

Tak jak dla Winstona Churchilla demokracja to system obarczony tysiącem wad, a jednak najlepszy spośród istniejących, tak z kolei dla noblisty Gary Bechera gospodarka rynkowa, jeśli porówna się ją z modelami alternatywnymi, nie ma konkurencji w porównaniu ze wszystkimi innymi modelami gospodarki dotychczas praktykowanymi przez świat.
 
Ekonomistę Bechera, a także dwóch klasyków: myśli liberalnej – Ludwiga von Milesa i literatury – Aleksandra Dumasa przytacza, tyle z należnym szacunkiem, co poczuciem znawstwa, Maciej Stańczuk, prezes filii zachodniego banku WestLB w Polsce, aby dowodzić, że nie dostrzega niczego – na tle doświadczeń ostatniego kryzysu – co trzeba by zmieniać w dotychczasowej liberalnej filozofii i funkcjonowaniu banków, no może paroma korektami o charakterze czysto technicznym (por. tekst tego autora w „The Wall Street Journal Polska” z 16 kwietnia 2009 r.).
 
Przyznajmy: to dominujące przekonanie środowiska bankowego, wypowiadane z wielką pewnością siebie i w poczuciu posiadaczy wiedzy tyle zgoła tajemnej co niedostępnej dla zwykłych ludzi – musi niepokoić. Musi niepokoić głęboko na tle znanej nieźle wiedzy realnej na temat przyczyn ostatniej zapaści gospodarki światowej, przyczyn, których źródłem była przede wszystkim wadliwa, jeśli nie strukturalna – mówiąc najoględniej – filozofia a i praktyka funkcjonowania systemu bankowego w gospodarce wolnego rynku. Ale bądźmy szczerzy i powiedzmy otwarcie: to nie krasnoludki, lecz ludzie wielkich zwłaszcza banków, w najbardziej cyniczny z możliwych sposobów i z żądzy chciwości doprowadzili znaczną część gospodarki na krawędź bankructwa, miliony ludzi pozbawiając pracy i środków do życia.
 
 London Herald - 25 październik, 1929
 
O tym wszystkim – nawet wtedy, kiedy, jak ostatnio, docierają do nas dobre informacje o tym, że kryzys się cofa – nie można myśleć spokojnie, jeśli mamy nadto świadomość, że to w końcu ci zwykli ludzie, ludzie pozbawieni „tajemnej wiedzy” o metodach funkcjonowania banków, w sposób wymierny i jasny dla wszystkich z własnych kieszeni ratują gospodarkę i funkcjonujące w niej instytucje bankowe. Ale gigantyczne w swej wielkości „zastrzyki” środków finansowych przekazane bankom przez wiele rządów największych państw świata, ujawniły coś więcej: podważyły mianowicie, uświęcone tradycją, zaufanie do banku jako szczególnej instytucji tego zaufania, tej instytucji, której powierzamy środki czy oszczędności naszego trudu, pracy, często całego życia.
 
I otóż właśnie odzyskanie tego zaufania przez banki wydaje się być problemem kluczowym, który ma do rozwiązania gospodarka wolnego rynku, w tym noblista Becher i prezes Stańczuk. Aby zaufanie to powróciło do banków konieczna jest wszelako głęboka reforma ich dotychczasowego funkcjonowania: uwolnienia ich od wielu narosłych patologii, włączenia hamulców na nieokiełznane dotychczas dążenie do osiągania zysków za wszelką cenę, często graniczące z działalnością przestępczą, powstrzymanie bankowej „twórczości” w tworzeniu coraz to nowych „produktów”, o rzeczywistej wartości których wiedzą tylko ich wytwórcy, nadanie ofertom bankowym tyle przejrzystości, co prostoty i jasności reguł, a więc uwolnienie od wszelkich możliwych nadużyć w relacjach pomiędzy bankiem a jego klientami.
 
Jest jeszcze jeden, może nie najważniejszy w obrazie całości, ale drastyczny problem sektora bankowego w Polsce, ujawniony ostatnio przez opiniotwórcze media: to wysokość wynagrodzeń menedżerów wielu banków, zwłaszcza ich zagranicznych filii w Polsce. Wielkość tych wynagrodzeń po prostu poraża, rani elementarne poczucie sprawiedliwości i społecznego ładu, powiększa skalę nierówności, często ją deformując poprzez piramidalnie wysokie przypadki mieszczące się w tej skali i w całym obrazie społecznych nierówności. Rani ludzką wrażliwość na tle zjawiska kryzysu i wielkości średnich wynagrodzeń w sektorze samego systemu bankowego.
 
Ale mamy w tym przypadku do czynienia nie tylko z aspektem ekonomicznym tej sprawy, lecz może przede wszystkim z jej aspektem moralnym, który musi w tej perspektywie przyprawiać o ból głowy piewców rozwiązań mertokratycznych. Aspekt moralny owych wynaturzonych wynagrodzeń staje się jeszcze bardziej widoczny z jeszcze jednego powodu: z uderzającego milczenia tych choćby beneficjentów, których wymieniono z imienia i nazwiska, a których zdania w tej sprawie ma prawo oczekiwać opinia publiczna. I tu nie chodzi o gesty, zgoła śmieszne, w rodzaju decyzji prezesa Citigroup, największego do niedawna banku świata, który zadeklarował pracować na jednego dolara miesięcznie i nie pobierania ani centa premii. Tu chodzi o ich osobisty stosunek do tego zjawiska i oceny swojego w nim miejsca.
Ale chodzi też o sprawy poważniejsze: o rozważenie i precyzyjniejsze uregulowanie – w ramach Unii Europejskiej i umów międzyrządowych – statusu filii banków, które goszczą w naszym kraju, w tym uregulowanie wynagrodzeń menedżerów tych banków. Suwerenne państwo, jeśli takim chce być, nie może być pozbawione instrumentów regulujących zachowanie wszystkich zagranicznych podmiotów, w tym oddziałów zagranicznych banków, na swoim terytorium. Oczywiście, ów regulujący wpływ suwerennego państwa nie może ograniczyć obecności tych podmiotów w naszym kraju: byłoby to bowiem działanie co najmniej nieroztropne i sprzeczne z polityką otwartych granic i wolnego rynku, ale byłoby też – utrzymując w tej sferze różne patologie – wysoce nieroztropne w przypadku godzenia się z występowaniem owych, rażących społeczeństwo, patologii.
 
Sprawa działalności sfery bankowej w gospodarce, której tu poświęcamy chwilę uwagi, traktujemy jako jedną z lekcji, której udziela nam doświadczenie ostatniego kryzysu. Ta lekcja, dodajmy – gorzka lekcja, to lekcja przede wszystkim dla banków: to dla nich wyzwanie, pilna potrzeba odzyskania wiarygodności, odzyskania tego, aby fraza „jak w banku” nabrała na nowo swej godności, a może i blasku.
 

Res Humana nr 4-5/2009, s. 4-5.