Po wyborach parlamentarnych

Profesor Władysław Markiewicz
 

Tegoroczne polskie wybory parlamentarne były, oczywiście, istotnym wydarzeniem w rzeczywistości polskiej po 1989 roku: okazały się najpierw szczodrym zaproszeniem do sprawowania władzy państwowej przez tych, którzy od samego początku kontestowali w istocie najważniejsze założenia ideowo-polityczne tego obozu politycznego, który dotąd, kursem demokracji liberalnej, przez ponad ćwierć wieku sprawował w Polsce władzę. Ta zmiana może być poważnym naruszeniem dotychczasowych podstaw ustrojowych państwa, choć trudno w tym momencie rozstrzygać o zakresie, treściach czy metodach tej zmiany. Ufam, że zwycięski obecnie obóz polityczny, pod tym samym niezmiennie kierownictwem, będzie pamiętał surowo ocenione przez społeczeństwo swoje rządy lat 2005?2007, i że nie powtórzy tego, co tak boleśnie poraniło wówczas Polskę i Polaków.

Ale tegoroczne wybory ukazały ponownie prawdę o kulturze politycznej naszego społeczeństwa, a zwłaszcza o stosunku jego poważnej części do państwa. Ten stosunek, odmienny od zachowań społeczeństw rozwiniętych krajów Zachodu, cechuje nieufność a nawet wrogość, bo wciąż nie uznaje się je za swoje. Choć znamy źródła tych postaw wielu spośród nas do państwa, bo wiemy, że ?własnego państwa?, że tak powiemy, polskie społeczeństwo przez lat wiele nie miało, to jednak trwałość tej niechęci musi zastanawiać. Tym bardziej zastanawia, kiedy widać gołym okiem, jak tę zgoła endemiczną nieufność, wykorzystują różnego rodzaju politycy w walce o władzę. Złowieszczy slogan w rodzaju ?Polska w ruinie? ze wskazywaniem, że winne jest temu państwo, skazuje nas na życie w narzuconym kłamstwie, którego siewcy pozostają nie tylko bezkarni, ale otrzymują prawo sprawowania władzy.

Nawet pobieżna analiza wyborów 25 października ujawnia wspomnianą nieufność w postaci oczywistych faktów: wciąż niskiej frekwencji wyborczej, takiej, w której wyłączona jest niemal stale połowa elektoratu; to także niestabilność sceny politycznej, czego najnowszym świadectwem jest zaistnienie w parlamencie partii powstałej niecałe pół roku przed terminem wyborów; to paradoks, że formacja lewicy o trwałym dziedzictwie, nie mówiąc o jej efemerydzie, przestaje być obecna w parlamencie To wydarzenie szokujące, bardzo obciążające tych wszystkich, którzy doprowadzili do tego.

Odbija się też w zwierciadle polskich wyborów niestabilność systemu politycznego: społeczeństwo, w wyniku presji sprzecznych obietnic przedwyborczych, nie wie, czego może oczekiwać od państwa; czego może realnie oczekiwać nawet po tym, co obiecuje mu konstytucja.

I nie wie nawet czy jest wiarygodna werbalna zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego z wieczoru wyborczego, że nie zamierza żadnego odwetu, że pragnie nawet szerokiej wspólnoty ? ?Polski biało-czerwonej?, że nie chce poniżać nikogo upadłego z własnej winy (to oczywista aluzja do Ewy Kopacz), i kiedy za chwilę, z ironicznym uśmieszkiem na ustach, i ku radości zebranych zwolenników, dodaje: ?I słusznie? To znaczy: powiedzmy wprost: słusznie, że leży i kopać leżącą też można.

Wprowadza nas ta scena w świat wydarzeń nieobliczalnych, jak było dotąd w zwyczaju tej plemiennej nieomal wspólnoty opatrzonej słowami ?prawa i sprawiedliwości?, tej przedziwnej struktury, której dewizą ? jaskrawo widoczną w ostatnich miesiącach ? pozostał ?cel, uświęcający środki?. Powtórzę, liczę na to, że ta rządząca teraz samodzielnie struktura zrozumie, iż jej poparcie społeczne, w wymiarze twardych danych statystycznych, nie daje jej silnej legitymizacji, że opozycja parlamentarna, jeśli zdolna będzie działać wspólnie, nie pozwoli jej na większe ekstrawagancje, że wreszcie sama w sobie znajdzie siły, aby pokonać tkwiące w niej zasoby destrukcji.

Taką mam nadzieję, choć wiem czym bywa nadzieja.

Autor wypowiedzi jest wybitnym socjologiem i niemcoznawcą, współtwórcą odrodzenia socjologii w Polsce powojennej, jej nestorem; członkiem Polskiej Akademii Nauk.